1. Zapraszam na pokaz slajdów w Murzynowie, organizowany przez Koło Studentów Geografii UW. Mój pokaz znajdzie się w zacnym towarzystwie pokazów przygotowanych przez pozostałych geografów i odbędzie się o 22.
2. Coraz bardziej rosną szansę mojego udziału w projekcie afrykanowaka.pl - po szczegóły udaj się na tą stronę. Jest więc szansa, że w styczniu znowu wrócę do pokonywania Afryki na dwóch kółkach, tym razem jednak w zacnym teamie i w bardzo szczytnym celu.
I pamiętajcie - Życie jest Drogą.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska-Kair. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska-Kair. Pokaż wszystkie posty
środa, 18 listopada 2009
środa, 30 lipca 2008
pl-warszawa
Krotki przepak miedzy Warmia a Beskidem Zywieckim - jakas to nie moge sie ta nasza zielona, zimna Polska nacieszyc, wiec rzuca mnie z kata w kat ;)
Ale obiecuje, ze do moich urodzin, tj. do 21.08.2008, pojawia sie brakujace fragmenty relacji oraz wielka relacja podsumowujaca (ktora i tak powinienem napisac dla moich wspanialych patronow medialnych).
A wiec do zobaczenia!
Ale obiecuje, ze do moich urodzin, tj. do 21.08.2008, pojawia sie brakujace fragmenty relacji oraz wielka relacja podsumowujaca (ktora i tak powinienem napisac dla moich wspanialych patronow medialnych).
A wiec do zobaczenia!
sobota, 26 lipca 2008
pl-warszawa
Po dwugodzinnym opoznienu samolot wreszcie odrywa kola od plyty lotniska i obiera kurs na polnoc-polnocny-zachod. Do morskiego wybrzeza przykleil sie waski pas hoteli i plaz Hurghady - to jedyny slad, dowod istnienia czlowieka. Wszedzie indziej swoja potege demonostruje natura: blyszczaca tarcza oceanu, za ktora gdzies z zapylonego powietrza wychylaja sie jeszcze szczyty Synaju i olbrzymia pustynia pod nami, zupelnie spalona przez slonce i pozbawiona jakiegokolwiek zycia. Pokonanie ktoregokolwiek z widocznych uadi zajeloby duzo czasu i kosztowaloby jeszcze wiecej wysilku, kto wie, czy nie bez narazania zycia. Skaly, piasek i nagrzane do ponad 40 st. powietrze to wszystko, co sie sklada na tutejszy krajobraz. Ja jednak juz nie musze sie tym martwic, bo siedze sobie wygodnie w samolocie, a Ziemia pode mna przesuwa sie niczym na szpuli kinowego projektora. A jednak, tego pustkowia, pustyni nigdy nie zapomne - jest grozne i moze wlasnie dlatego fascynujace.
Nad Europa pojawily sie pierwsze chmury. Mieszkancy tego kontynentu zwykli je przeklinac, nie wiedzac, co to znaczy pol roku bez najmniejszej chmurki, cienia i kropli deszczu. Gdy kapitan samolotu informuje nas, ze w Warszawie pogoda jest paskudna: przelotne deszcze, chmury, wiatr i ok. 20 st. C, w kacikach moich oczu pojawiaja sie lzy - wreszcie w domu!
Nad Europa pojawily sie pierwsze chmury. Mieszkancy tego kontynentu zwykli je przeklinac, nie wiedzac, co to znaczy pol roku bez najmniejszej chmurki, cienia i kropli deszczu. Gdy kapitan samolotu informuje nas, ze w Warszawie pogoda jest paskudna: przelotne deszcze, chmury, wiatr i ok. 20 st. C, w kacikach moich oczu pojawiaja sie lzy - wreszcie w domu!
czwartek, 24 lipca 2008
środa, 23 lipca 2008
eg-kair

Bilety na autobus do Hurgady i samolot z Hurgady do Warszawy w kieszeni, rower zostawiony w bezpiecznym miejscu u rodziny (no... prawie rodziny) w Kairze. Jezeli wszystko pojdzie dobrze, wyladuje jutro ok. 11:15 na plycie lotniska Okecie.
To zatem koniec wyprawy, choc jezeli czas pozwoli uzupelnie jeszcze wiele postow szczegolnie z ostatniego odcinka.

To zatem koniec wyprawy, choc musze powiedziec, ze osiagniecie celu nie cieszy nawet w polowie tak, jak cieszylo mnie poznawanie swiata i ludzi w drodze... Bo jak sie okazuje, droga byla celem tej wyprawy ;)
P.S. Wielkie dzieki dla Zacka ze Stanow za zdjecia i dla Amra i jego rodziny za przechowanie roweru w Kairze do mojego nieuniknionego powrotu!
niedziela, 20 lipca 2008
eg-kair
6110, Kair, Lially Hostel
Po osiemdziesieciu pieciu dniach pedalowania docieram do stolicy Egiptu i celu mojej wyprawy: Kairu! Do tego sloika miodu zostala dolozona jednak dzisiaj lyzka dziegdzciu, ale o tym jak bede mial wiecej czasu, zeby uzupelnic posta...
Teraz napisze jeszcze tylko rzecz najwazniejsza: wielkie, ogromniaste dzieki dla Rodziny, Przyjaciol i Czytelnikow za wsparcie! Nawet nie wyobrazacie sobie, ile ono dla mnie znaczy!
Kolejne podziekowania kieruje do wszystkich dobrych ludzi, ktorych spotkalem na trasie - bez Was ta podroz bylaby tylko pokonywaniem odleglosci, a nie poznawaniem Swiata, przezywaniem Go i nauka. Szczegolnie dziekuje mieszkancom Bliskiego Wschodu, za niespodziewanie gorace przyjecie, tolerancje i mase serdecznosci.
Po osiemdziesieciu pieciu dniach pedalowania docieram do stolicy Egiptu i celu mojej wyprawy: Kairu! Do tego sloika miodu zostala dolozona jednak dzisiaj lyzka dziegdzciu, ale o tym jak bede mial wiecej czasu, zeby uzupelnic posta...
Teraz napisze jeszcze tylko rzecz najwazniejsza: wielkie, ogromniaste dzieki dla Rodziny, Przyjaciol i Czytelnikow za wsparcie! Nawet nie wyobrazacie sobie, ile ono dla mnie znaczy!
Kolejne podziekowania kieruje do wszystkich dobrych ludzi, ktorych spotkalem na trasie - bez Was ta podroz bylaby tylko pokonywaniem odleglosci, a nie poznawaniem Swiata, przezywaniem Go i nauka. Szczegolnie dziekuje mieszkancom Bliskiego Wschodu, za niespodziewanie gorace przyjecie, tolerancje i mase serdecznosci.
sobota, 19 lipca 2008
eg-przy koszarach
6003,30.08327 32.21331 Gdy odpoczywalem na obok drogi zwinela mnie policja i zabronila jechac po nocy i slusznie...
eg-suez
Suez ma dwa duze plusy: zycie sie tu toczy prawie przez cala noc oraz port, z ktorego mozna obserwowac parade statkow wplywajacych do Kanalu Sueskiego. 

No, dodajmy jeszcze cos interesujacego, o czym wczesniej czytalem tylko w ksiazkach: mozna tu wypic szklanke soku z trzciny cukrowej (0,4 zl) - bardzo dobrego soku :)
foto: pijalnia sokow czynna cala noc!
Oprocz ogladania statkow, zajadajac pyszne i tanie uliczne fastfoody (kanapka z kieszonka z dowolnym nadzieniem: 0,4 zl) i popijajac je sokiem oraz nocnego wloczenia sie po miescie, nie ma tu nic wiecej interesujacego. Mozna jeszcze ewentualnie wypatrywac polskich Polonezow, Fiatow 125 czy 126p. Za to jest to najbrudniejsze miasto, w jakim kiedykolwiek bylem: Damaszek czy Meksyk to nic w porownaniu do Suezu! Jak ktos chce przetestowac swoje nerwy, proponuje przechadzke dzielnica handlarzy miesem: wszystko lezy i wisi na wierzchu i to bynajmniej nie w warunkach chlodniczych...
Jak na polmilionowe miasto, to cienko, wiec ruszam do Kairu!
No, dodajmy jeszcze cos interesujacego, o czym wczesniej czytalem tylko w ksiazkach: mozna tu wypic szklanke soku z trzciny cukrowej (0,4 zl) - bardzo dobrego soku :)
foto: pijalnia sokow czynna cala noc!
Oprocz ogladania statkow, zajadajac pyszne i tanie uliczne fastfoody (kanapka z kieszonka z dowolnym nadzieniem: 0,4 zl) i popijajac je sokiem oraz nocnego wloczenia sie po miescie, nie ma tu nic wiecej interesujacego. Mozna jeszcze ewentualnie wypatrywac polskich Polonezow, Fiatow 125 czy 126p. Za to jest to najbrudniejsze miasto, w jakim kiedykolwiek bylem: Damaszek czy Meksyk to nic w porownaniu do Suezu! Jak ktos chce przetestowac swoje nerwy, proponuje przechadzke dzielnica handlarzy miesem: wszystko lezy i wisi na wierzchu i to bynajmniej nie w warunkach chlodniczych...
Jak na polmilionowe miasto, to cienko, wiec ruszam do Kairu!
piątek, 18 lipca 2008
eg-suez
5951, Suez, kawiarenka internetowa Al-Jazeera2
Wszystko do gory nogami: spie w dzien, jade w nocy...
Tego posta zaczne jednak tradycyjnie od poranka. Otoz o poranku szczescie sie do mnie usmiecha - na pustyni zauwazam troche zieleni, udaje sie w tamtym kierunku i okazuje sie, ze w jednym z wadi rosna sobie palmy i jeszcze takie inne krzaczki, chyba tamaryszki.
Ide spac, jednak w pewnym momencie budze sie z niepokojem. Z owych krzaczkow dochodzi do mnie dziwny dzwiek, jakby ktos potrzasal grzechotka. Co to moze byc? Zaczynam sie zastanawiac, czy w tej okolicy moga zyc grzechotniki. Podchodze do krzaczka, grzechotanie jest bardzo glosne, ale wciaz nie widze jego zrodla. Wreszcie od galazki odrywa sie owad wielkosci szerszenia i przelatuje na inny krzak - teraz stamtad slychac grzechotanie - uff...
Tak wiec drzemie sobie dalej, cien pod palma sie przesuwa, a ja wraz z nim - w ten oto prosty sposob mija mi caly dzien ;)

Wieczorem czas stanac na obolalych od wczorajszo-nocnego wysilku nogach i ruszyc dalej. Wiatr jest nieco lzejszy niz wczoraj, ale i tak z trudem jade 12 km/h... W pewnym momencie droga zakreca, przez chwile wiatr wieje w plecy - bez trudu wyciagam 40 km/h - a wiec az taka jest roznica!, wiatr zabiera 15 km/h z jednej strony i dodaje z drugiej, lacznie 30 km/h! To odkrycie bynajmniej nie sprawia, ze czuje sie dobrze - to przeciez nie fair, jak jechalem na poludnie do Akaby, to wiatr byl z poludnia, teraz jade na polnoc do Suezu i wiatr jest z... polnocy.
Po kilku godzinach jazdy natrafiam na cos, co sie nazywa Moon Beach. Oczywiscie nie jest to miejsce dla ludzi z moim budzetem, wiec wracam spowrotem na droge. Jest srodek nocy, stoje pod latarnia oswietlajaca tablice z reklama plazy. Wiatr nieustannie wieje z polnocy, niesie kleby pylu z wnetrza polwyspu i przerazliwie swiszczy w uszach. Arabscy kierowcy ciagle trabia - byc moze sa to ostrzezenia, byc moze pozdrowienia - wszystko jedno, mam tego dosyc. Ale to nie wszystko: wiekszosc z nich zachowuje sie, jakby dopiero uczylo sie ubslugi swiatel. W ciagu godziny mija mnie ponad 100 samochodow, z czego prawie wszystkie raz to wylaczaja swiatla w ogole, by po chwili wlaczyc od razu dlugie lub nawet przeciwmgielne - po co te tortury? W dodatku stan drogi sie pogorszyl i kolo z na wpol napompowana i cudem w ogole zalozona detka (ta z za krotkim wentylem) co chwila uderza o przeszkody... Wiecie do czego zmierzam? Tak jest, pustynia mnie pokonala! Po dwoch dniach i nocach walki z makabrycznie silnym przeciwnym wiatrem wyciagam reke, zupelnie jakbym chcial przewrocic swojego krola na szachownicy i macham. Zatrzymuje sie ciezarowka - lapie auto-stopa az do tunelu pod Kanalem Sueskim. Po prawdzie przez tunel i tak trzeba by raczej przejechac stopem, bo jest bardzo waski i nie istnieje mozliwosc wymijania w nim czegokolwiek, nie ma tez pobocza.
Kto wie, moze Pustynia oddala mi wbrew pozorom przysluge? Pokazala, ze nawet podroznik z prawie szescioma tysiacami km w nogach i niezlym sprzetem, zapasami zarcia i wody i tak nie moze czuc sie na niej nigdy bezpieczny. A przeciez jezeli zdecydowalbym sie kontynuowac podroz w przyszlym roku z Kairu, to chociazby miedzy oazami Siwa i Baharija jest 420 km drogi, gdzie nie ma niczego - ani wody, ani ludzi, a asfalt jest ponoc w tragicznym stanie...
Suez, tak na prawde pierwsze wieksze egipskie miasto, z jakim mam stycznosc. Od razu z zadowoleniem i niejakim rozbawieniem zauwazam, ze mniej wiecej polowa samochodow pochodzi tu z bylego Bloku Wschodniego, w tym mniej wiecej co 10-ty samochod to Polonez!
Jest piatek wieczorem, co odpowiada naszej sobocie wieczorem - ludzie klebia sie wszedzie, nie sposob ogarnac tego chaosu. Samochody trabia przerazliwie, przechodnie umykaja sprzed ich masek. I coz, jedna z pierwszych rzeczy, ktora rzuca sie w oczy, jest brud - jakies smierdzace kaluze, smieci lezaca wszedzie i ogolne wrazenie syfu.
Jutro poogladam sobie statki i miasto za dnia, zobaczymy, co uda sie zaobserwowac.
Wszystko do gory nogami: spie w dzien, jade w nocy...
Tego posta zaczne jednak tradycyjnie od poranka. Otoz o poranku szczescie sie do mnie usmiecha - na pustyni zauwazam troche zieleni, udaje sie w tamtym kierunku i okazuje sie, ze w jednym z wadi rosna sobie palmy i jeszcze takie inne krzaczki, chyba tamaryszki.
Ide spac, jednak w pewnym momencie budze sie z niepokojem. Z owych krzaczkow dochodzi do mnie dziwny dzwiek, jakby ktos potrzasal grzechotka. Co to moze byc? Zaczynam sie zastanawiac, czy w tej okolicy moga zyc grzechotniki. Podchodze do krzaczka, grzechotanie jest bardzo glosne, ale wciaz nie widze jego zrodla. Wreszcie od galazki odrywa sie owad wielkosci szerszenia i przelatuje na inny krzak - teraz stamtad slychac grzechotanie - uff...
Tak wiec drzemie sobie dalej, cien pod palma sie przesuwa, a ja wraz z nim - w ten oto prosty sposob mija mi caly dzien ;)
Wieczorem czas stanac na obolalych od wczorajszo-nocnego wysilku nogach i ruszyc dalej. Wiatr jest nieco lzejszy niz wczoraj, ale i tak z trudem jade 12 km/h... W pewnym momencie droga zakreca, przez chwile wiatr wieje w plecy - bez trudu wyciagam 40 km/h - a wiec az taka jest roznica!, wiatr zabiera 15 km/h z jednej strony i dodaje z drugiej, lacznie 30 km/h! To odkrycie bynajmniej nie sprawia, ze czuje sie dobrze - to przeciez nie fair, jak jechalem na poludnie do Akaby, to wiatr byl z poludnia, teraz jade na polnoc do Suezu i wiatr jest z... polnocy.
Po kilku godzinach jazdy natrafiam na cos, co sie nazywa Moon Beach. Oczywiscie nie jest to miejsce dla ludzi z moim budzetem, wiec wracam spowrotem na droge. Jest srodek nocy, stoje pod latarnia oswietlajaca tablice z reklama plazy. Wiatr nieustannie wieje z polnocy, niesie kleby pylu z wnetrza polwyspu i przerazliwie swiszczy w uszach. Arabscy kierowcy ciagle trabia - byc moze sa to ostrzezenia, byc moze pozdrowienia - wszystko jedno, mam tego dosyc. Ale to nie wszystko: wiekszosc z nich zachowuje sie, jakby dopiero uczylo sie ubslugi swiatel. W ciagu godziny mija mnie ponad 100 samochodow, z czego prawie wszystkie raz to wylaczaja swiatla w ogole, by po chwili wlaczyc od razu dlugie lub nawet przeciwmgielne - po co te tortury? W dodatku stan drogi sie pogorszyl i kolo z na wpol napompowana i cudem w ogole zalozona detka (ta z za krotkim wentylem) co chwila uderza o przeszkody... Wiecie do czego zmierzam? Tak jest, pustynia mnie pokonala! Po dwoch dniach i nocach walki z makabrycznie silnym przeciwnym wiatrem wyciagam reke, zupelnie jakbym chcial przewrocic swojego krola na szachownicy i macham. Zatrzymuje sie ciezarowka - lapie auto-stopa az do tunelu pod Kanalem Sueskim. Po prawdzie przez tunel i tak trzeba by raczej przejechac stopem, bo jest bardzo waski i nie istnieje mozliwosc wymijania w nim czegokolwiek, nie ma tez pobocza.
Kto wie, moze Pustynia oddala mi wbrew pozorom przysluge? Pokazala, ze nawet podroznik z prawie szescioma tysiacami km w nogach i niezlym sprzetem, zapasami zarcia i wody i tak nie moze czuc sie na niej nigdy bezpieczny. A przeciez jezeli zdecydowalbym sie kontynuowac podroz w przyszlym roku z Kairu, to chociazby miedzy oazami Siwa i Baharija jest 420 km drogi, gdzie nie ma niczego - ani wody, ani ludzi, a asfalt jest ponoc w tragicznym stanie...
Suez, tak na prawde pierwsze wieksze egipskie miasto, z jakim mam stycznosc. Od razu z zadowoleniem i niejakim rozbawieniem zauwazam, ze mniej wiecej polowa samochodow pochodzi tu z bylego Bloku Wschodniego, w tym mniej wiecej co 10-ty samochod to Polonez!
Jest piatek wieczorem, co odpowiada naszej sobocie wieczorem - ludzie klebia sie wszedzie, nie sposob ogarnac tego chaosu. Samochody trabia przerazliwie, przechodnie umykaja sprzed ich masek. I coz, jedna z pierwszych rzeczy, ktora rzuca sie w oczy, jest brud - jakies smierdzace kaluze, smieci lezaca wszedzie i ogolne wrazenie syfu.
Jutro poogladam sobie statki i miasto za dnia, zobaczymy, co uda sie zaobserwowac.
czwartek, 17 lipca 2008
eg-abu znima
5876,29.05067 33.11514 Sam nie wiem,kiedy pisac:w dzien czy w nocy.Mialem pecha z detka i podj.100km walcze z N wiatrem.
Plan byl taki: wyspac sie na gorze Synaj, w koncu na ponad 2000 m n.p.m. powinno byc chlodno, przyjemnie chlodno, moze nawet uda sie spac w spiworze?
Ale po kolei. Przybywam na szczyt o 4 nad ranem, jest jeszcze ciemno. Z niedowierzaniem obchodze gore, kosciololek i tarasy i stwierdzam, ze nikogo nie ma - jestem pierwszy! A mowili, ze ponoc masy ludzi przychodza obejrzec tu, z tego swietego miejsca, gdzie Mojzesz otrzymal 10 przykazan od Boga, wschod slonca. Rozkladam karimate i spiwor, robie zdjecia zachodu ksiezyca i ide spac.
Plan byl taki: wyspac sie na gorze Synaj, w koncu na ponad 2000 m n.p.m. powinno byc chlodno, przyjemnie chlodno, moze nawet uda sie spac w spiworze?
Ale po kolei. Przybywam na szczyt o 4 nad ranem, jest jeszcze ciemno. Z niedowierzaniem obchodze gore, kosciololek i tarasy i stwierdzam, ze nikogo nie ma - jestem pierwszy! A mowili, ze ponoc masy ludzi przychodza obejrzec tu, z tego swietego miejsca, gdzie Mojzesz otrzymal 10 przykazan od Boga, wschod slonca. Rozkladam karimate i spiwor, robie zdjecia zachodu ksiezyca i ide spac.
Gdy juz jedna noga jestem w krainie Morfeusza, pojawia sie mala grupka turystow, ktora trzesac sie z zimna siada nieopodal.
Spiewy, spiewy... Zaraz, to juz nie jest sen. Otwieram oczy. W okol masa ludzi, szpilki nie wetkniesz. Grupa pielgrzymow z Wloch spiewa piesni religijne. Dochodzi szosta nad ranem, nastepuje wschod slonca, ktory rzeczywiscie wypadl znakomicie.
Spiewy, spiewy... Zaraz, to juz nie jest sen. Otwieram oczy. W okol masa ludzi, szpilki nie wetkniesz. Grupa pielgrzymow z Wloch spiewa piesni religijne. Dochodzi szosta nad ranem, nastepuje wschod slonca, ktory rzeczywiscie wypadl znakomicie.
I fajnie, ludzie sie rozchodza, ja sam znowu zostaje na szczycie i jak pisalem zamierzalem wykorzystac ten fakt do konca i sie wyspac.
Niestety, jestesmy w Afryce! O 8 rano poddaje sie, jest zbyt goraco, a cienia nia ma. Zchodze na dol Droga Pokutna (3750 stopni wykutych w skale przez mnicha w ramach pokuty) i zwiedzam klasztor Sw. Katarzyny. Miejsce to rowniez jest swiete dla 3 religii, choc musze powiedziec, ze nie podoba mi sie zachowanie niektorych arabow w cerkwii, ktorzy zachowuja sie zupelnie nie tak, jak nalezy w swiatyni. Wielu Arabow z desperacja okupuje wejscia i wyjscia z klasztoru, probujac wcisnac turystom jakas tandete.
Dobra, nie ma co, wyspie sie kiedy indziej - zbieram manatki i ruszam. Nagle: pssssss... Powietrze zchodzi z tylnej detki, a ja zatrzymuje sie na niemal zarzacym sie poboczu, oczywiscie w miejscu bez cienia. Zdejmowanie, klejenie, zakladanie - wiadomo. Siadam na rower, probuje jechac - znowu pssssss! Co jest? Wyglada na to, ze w tej temperaturze klej do latek po prostu sie rozpuszcza, a moze rozpuszczaja sie same latki?
Zatrzymuje sie miejscowy samochod - czy cos pomoc?
- Nie, dziekuje.
- A moze podwiezc?
- Nie, nie sadze.
- Dlaczego nie - zabiore Cie do Suezu za 50 dol.!
No tutaj to juz sie smieje na calego - Co? 50 dol.? Nie, dziekuje, do widzenia!
- 100 funtow (20 dol.)?
- Nie, nie mam pieniedzy, zreszta co najwyzej podjechalbym do Wadi Ferran.
- Wadi Ferran? Podwioze Cie za 50 funtow!
- Nie, dziekuje, to za duzo.
- Za duzo? A ile twoim zdniem jest wart taki kurs?
- Moim zdaniem co najwyzej 20 funtow (8 zl).
- 30!
- 20! Ale wiesz co, ja przeciez nie chce podjezdzac samochodem...
- Dobra, 20!
I tak oto znalazlem sie w Wadi Ferran, gdzie po pierwsze zjadlem falafela, ktory w Egipcie jest nie byle jakim daniem (dostaje sie kilka chlebkow "ajsz" i wedle uznania nadziewa sie je falafelem (tymi kuleczkami), fuulem (fasola), surowka z pomidorow i ogorkow i jeszcze czyms, tylko zapomnialem czym ;), po drugie zlapalem drzemke w tejze samej knajpie (po prostu osunalem sie za stol ;) a po trzecie po paru godzinach prob nie wiem jakim cudem zalozylem wreszcie detke z za krotkim wentylem nabyta swego czasu w Karaku - trzeba bylo tez przerobic pompke, zeby to cudo napompowac. Co prawda i tak udalo sie napompowac tylko do polowy...
Jest juz prawie 12 w nocy, ruszam!
Posterunek Policji. Skad? Dakad? Dlaczego? Do Kairu? My zaraz jedziemy naszym dostawczym do Kairu (pokazuja na popularny na pustyni model chevroleta z paka) - moze jednak zabierzesz sie z nami?
Zastanawiam sie - czy ta detka wytrzyma? No i polnocny wiatr - przeciez bede musial jechac pod niego przez ponad 200 km i to nad samym wybrzezem - ale bedzie wialo! W dodatku propozycja jest dobrowolna, zatem zgodna z filozofia auto-stopu...
OK, ale ja wysiadam w Suezie! - OK.
Wyjazd przeciaga sie jednak - policjanci wciaz czekaja na jakies potwierdzenie z centrali. Wreszcie ruszamy. Droga caly czas wiedzie w dol - piekny, szescdziesieciokilometrowy zjazd 1500 m w dol - szkoda mi go bardzo, ale poswiecam go, zeby nie musiec walczyc z polnocnym wiatrem. Po drodze mijamy dalsza czesc oazy Ferran: reflektory policyjnego samochodu wydlubuja z mroku zielen gai palmowych, a w gorze widac zarysy ich pierzastych koron na tle niebotycznie wysokich i stromych gor - jest to obraz pelen piekna i tajemnicy.
Ku mojemu olbrzymiemu rozczarowaniu i niemal rozpaczy, samochod zatrzymuje sie dokladnie na koncu zjazdu, a policjanci wyladowuja moj rower - tu jest nasz posterunek - informuja z zadowoleniem. Z usmiechem wyciagaja reke dokladnie pod swiszczacy wiatr - Suez, 200 km.
Po lewej stronie mam morze, plaze i kawalek piaszczysto-zwirowej pustyni. Po prawej drugi kawalek pustyni i gory Synaju. Od czasu do czasu po jednej lub drugiej stronie jakas wierza wiertnicza lub silos na rope. Przede mna droga i makabryczny, polnocny wiatr. Na liczniku zadko goszcza wartosci powyzej 10 km/h; przerzutka 1-2, jak przy srednim podjezdzie i ostre napieranie. W piec godzin udalo mi sie przejechac zaledwie 40km do Abu Rudejs. Tutaj odpoczynek na goscinnej stacji benzynowej, gdzie sa trzy dobre rzeczy: fajna obsluga, ktora stara mi sie pomoc jak moze, lodowka z na prawde zimnymi napojami (wiatr chociaz silny, to nie chlodzi, bo ma jakies 40 st. C) i miejsce w cieniu, by rozlozyc karimate i przekimac. Szczerze mowiac, oprocz tej stacji wiele wiecej nie ma w tej miejscowosci, oprocz kombinatow i rafinerii.
Po poludniu ruszam dalej, po 3 godzinach docieram do kolejnej, polozonej 25km dalej miejscowosci - Abu Znajma. Wzdluz trasy wyrosly tutaj liczne sklepiki i restauracyjki, jest nawet stragan ze swiezymi owocami, cukiernia i pijalnia sokow! Zapada noc, a ja jakas nie moge oderwac sie od tej oazy dobrobytu na pustynii - zajadam sie winogronami i wypijam dwa sprajty. Jestem juz bardzo zmeczony walka z wiatrem, ale w koncu ruszam dalej.
Egipscy kierowcy wykazuja sie brakiem wyobrazni i mecza mnie dlugimi swiatlami i klaksonami - gdzies niedlugo przed wschodem slonca poddaje sie i po prostu rozwijam karimate na pustyni - nic wiecej nie trzeba - i zasypiam! No dobra, nad ranem wyciagam spiwor ;) Gdzies w oddali majacza chyba zarysy palm daktylowych, ale choc swiatlo ksiezycowe swietnie oswietla krajobraz, to ciezko jednak sie z tej odleglosci rozeznac.
Niestety, jestesmy w Afryce! O 8 rano poddaje sie, jest zbyt goraco, a cienia nia ma. Zchodze na dol Droga Pokutna (3750 stopni wykutych w skale przez mnicha w ramach pokuty) i zwiedzam klasztor Sw. Katarzyny. Miejsce to rowniez jest swiete dla 3 religii, choc musze powiedziec, ze nie podoba mi sie zachowanie niektorych arabow w cerkwii, ktorzy zachowuja sie zupelnie nie tak, jak nalezy w swiatyni. Wielu Arabow z desperacja okupuje wejscia i wyjscia z klasztoru, probujac wcisnac turystom jakas tandete.
Dobra, nie ma co, wyspie sie kiedy indziej - zbieram manatki i ruszam. Nagle: pssssss... Powietrze zchodzi z tylnej detki, a ja zatrzymuje sie na niemal zarzacym sie poboczu, oczywiscie w miejscu bez cienia. Zdejmowanie, klejenie, zakladanie - wiadomo. Siadam na rower, probuje jechac - znowu pssssss! Co jest? Wyglada na to, ze w tej temperaturze klej do latek po prostu sie rozpuszcza, a moze rozpuszczaja sie same latki?
Zatrzymuje sie miejscowy samochod - czy cos pomoc?
- Nie, dziekuje.
- A moze podwiezc?
- Nie, nie sadze.
- Dlaczego nie - zabiore Cie do Suezu za 50 dol.!
No tutaj to juz sie smieje na calego - Co? 50 dol.? Nie, dziekuje, do widzenia!
- 100 funtow (20 dol.)?
- Nie, nie mam pieniedzy, zreszta co najwyzej podjechalbym do Wadi Ferran.
- Wadi Ferran? Podwioze Cie za 50 funtow!
- Nie, dziekuje, to za duzo.
- Za duzo? A ile twoim zdniem jest wart taki kurs?
- Moim zdaniem co najwyzej 20 funtow (8 zl).
- 30!
- 20! Ale wiesz co, ja przeciez nie chce podjezdzac samochodem...
- Dobra, 20!
I tak oto znalazlem sie w Wadi Ferran, gdzie po pierwsze zjadlem falafela, ktory w Egipcie jest nie byle jakim daniem (dostaje sie kilka chlebkow "ajsz" i wedle uznania nadziewa sie je falafelem (tymi kuleczkami), fuulem (fasola), surowka z pomidorow i ogorkow i jeszcze czyms, tylko zapomnialem czym ;), po drugie zlapalem drzemke w tejze samej knajpie (po prostu osunalem sie za stol ;) a po trzecie po paru godzinach prob nie wiem jakim cudem zalozylem wreszcie detke z za krotkim wentylem nabyta swego czasu w Karaku - trzeba bylo tez przerobic pompke, zeby to cudo napompowac. Co prawda i tak udalo sie napompowac tylko do polowy...
Jest juz prawie 12 w nocy, ruszam!
Posterunek Policji. Skad? Dakad? Dlaczego? Do Kairu? My zaraz jedziemy naszym dostawczym do Kairu (pokazuja na popularny na pustyni model chevroleta z paka) - moze jednak zabierzesz sie z nami?
Zastanawiam sie - czy ta detka wytrzyma? No i polnocny wiatr - przeciez bede musial jechac pod niego przez ponad 200 km i to nad samym wybrzezem - ale bedzie wialo! W dodatku propozycja jest dobrowolna, zatem zgodna z filozofia auto-stopu...
OK, ale ja wysiadam w Suezie! - OK.
Wyjazd przeciaga sie jednak - policjanci wciaz czekaja na jakies potwierdzenie z centrali. Wreszcie ruszamy. Droga caly czas wiedzie w dol - piekny, szescdziesieciokilometrowy zjazd 1500 m w dol - szkoda mi go bardzo, ale poswiecam go, zeby nie musiec walczyc z polnocnym wiatrem. Po drodze mijamy dalsza czesc oazy Ferran: reflektory policyjnego samochodu wydlubuja z mroku zielen gai palmowych, a w gorze widac zarysy ich pierzastych koron na tle niebotycznie wysokich i stromych gor - jest to obraz pelen piekna i tajemnicy.
Ku mojemu olbrzymiemu rozczarowaniu i niemal rozpaczy, samochod zatrzymuje sie dokladnie na koncu zjazdu, a policjanci wyladowuja moj rower - tu jest nasz posterunek - informuja z zadowoleniem. Z usmiechem wyciagaja reke dokladnie pod swiszczacy wiatr - Suez, 200 km.
Po lewej stronie mam morze, plaze i kawalek piaszczysto-zwirowej pustyni. Po prawej drugi kawalek pustyni i gory Synaju. Od czasu do czasu po jednej lub drugiej stronie jakas wierza wiertnicza lub silos na rope. Przede mna droga i makabryczny, polnocny wiatr. Na liczniku zadko goszcza wartosci powyzej 10 km/h; przerzutka 1-2, jak przy srednim podjezdzie i ostre napieranie. W piec godzin udalo mi sie przejechac zaledwie 40km do Abu Rudejs. Tutaj odpoczynek na goscinnej stacji benzynowej, gdzie sa trzy dobre rzeczy: fajna obsluga, ktora stara mi sie pomoc jak moze, lodowka z na prawde zimnymi napojami (wiatr chociaz silny, to nie chlodzi, bo ma jakies 40 st. C) i miejsce w cieniu, by rozlozyc karimate i przekimac. Szczerze mowiac, oprocz tej stacji wiele wiecej nie ma w tej miejscowosci, oprocz kombinatow i rafinerii.
Po poludniu ruszam dalej, po 3 godzinach docieram do kolejnej, polozonej 25km dalej miejscowosci - Abu Znajma. Wzdluz trasy wyrosly tutaj liczne sklepiki i restauracyjki, jest nawet stragan ze swiezymi owocami, cukiernia i pijalnia sokow! Zapada noc, a ja jakas nie moge oderwac sie od tej oazy dobrobytu na pustynii - zajadam sie winogronami i wypijam dwa sprajty. Jestem juz bardzo zmeczony walka z wiatrem, ale w koncu ruszam dalej.
Egipscy kierowcy wykazuja sie brakiem wyobrazni i mecza mnie dlugimi swiatlami i klaksonami - gdzies niedlugo przed wschodem slonca poddaje sie i po prostu rozwijam karimate na pustyni - nic wiecej nie trzeba - i zasypiam! No dobra, nad ranem wyciagam spiwor ;) Gdzies w oddali majacza chyba zarysy palm daktylowych, ale choc swiatlo ksiezycowe swietnie oswietla krajobraz, to ciezko jednak sie z tej odleglosci rozeznac.
środa, 16 lipca 2008
eg-g.synaj
5810,28.5384 33.97518 Z 0 na 2258mnpm,z czego 1580 rowerem.Nie wiedzialem,ze pust.moze byc tak piekna:),w nocy jak ksiezyc
Wschod slonca, jak to podkresla wielu autorow ksiazek o Afryce, na tym kontynencie nastepuje bardzo szybko. I jest to sluszne spostrzezenie - juz o 8 rano ciezko na sloncu wytrzymac i kazdy, kto ma wiecej oleju w glowie niz osiolek, zaczyna szukac cienia. Oczywiscie tyczy sie to lata.
Tak wiec chcial nie chcial, wstaje rano i ruszam. Wiem czego sie spodziewac - bedzie ciagle pod gore. I jest! Pot leje sie ze mnie strumieniem, przypominajac stare dobre czasy w Turcji, czy z poczatku wyprawy, gdy z trudem gonilem za chlopakami po roztoczanskich wzgorzach...
Podjazd jest jednak niemal przyjemny: droga jest w swietnym stanie, ruch jest bardzo maly, a co najwazniejsze otaczaja mnie przepiekne krajobrazy. Synaj jest jak zlamanie otwarte kosci Ziemii: gory zdaja sie siegac pamiecia czasow Stworzenia, choc odebraly swoja lekcje od z rzadka padajacych deszczy (za to przez miliony lat!) i wiatru, niosocego pyl i piasek i w ten sposob rzezbiacego fantazyjne ksztalty. Na dlugich odcinkach nie ma ani krztyny zycia, nawet jednego meszka czy porostu - gory spotykaja sie tu z niebem bez zadnych posrednikow. Doprawdy, wspaniala sceneria na spotkanie Czlowieka i Boga tak, jak to zostalo opisane w Biblii.
We wnetrzu polwyspu znajduja sie przepiekne pustynie piaszczyste, podobne do tych w okolicach Wadi-Rum. Porozrzucane tu i owdzie skaly sa czesto podciete na dole, przez niesiony przez wiatr tuz przy powierzchni ziemii piasek. W jednym z takich miejsc zdobywam kawalek cienia, w ktorym przeczekuje najgorszy fragment dnia.
Ruszam dalej, dzien ustepuje nocy, a Slonce Ksiezycowi. Ksiezyc jest w pelni i swieci znakomicie - mozna obserwowac odlegle krajobrazy zupelnie jak za dnia! Droga jest znakomicie oswietlona tym naturalnym swiatlem i jedyne co mi przeszkadza, to narastajace zmeczenie... Najgorzej jest na 95 km, kiedy to o malo co nie wyciagam karimaty i nie klade sie spac, jednak jakas przezwyciezam zmeczenie i jade dalej. Jeszcze tylko 3 wojskowe checkpointy (jeden przy stacji benzynowej - info dla rowerzystow: maja tam zimne napoje co najmniej 2x tansze niz w miasteczku, mozna, a nawet trzeba sie targowac) i docieram do Klasztoru Sw. Katarzyny (prawoslawnego). Tutaj przepak, zostawiam rower, improwizuje plecak z karimaty i gumki do mocowania i ruszam do gory! Po drodze spotykam Araba z wielbladem, jako iz udalo mi sie dwukrotnie zbic cene, podjezdzam mniej wiecej polowe drogi na grzbiecie wielbada. Wyobrazcie to sobie: noc, ksiezyc swieci jak szalony, Arab co chwila cos tam mamrocze do leniwego wielblada, a ja siedze chyba z 2 m nad ziemia i obserwuje dlugasna, poruszajaca sie raz do przodu, raz do tylu szyje wielblada. Szyja jest zakonczona lbem z jak by sie wydawalo wystajacymi na boki oczami. Wielblad nie raz idzie skrajem przepasci, a jedyne co mi pozostaje, to zaufac jego intuicji. Gdzies w dole widac swiatla latarek kolejnych grup, jednak prawde rzeklszy sztuczne swiatlo nie jest tu zupelnie potrzebne - przy tak intensywnym ksiezycu staje sie oczywiste, dlaczego karawany podrozowaly w nocy i dlaczego nawet dzisiaj wielu kierowcow na pustyni woli wlaczac jedynie swiatla pozycyjne, korzystajac glownie z oswietlenia ksiezycowego (i ja sie do nich prawde rzeklszy zaliczam ;).
Na szczycie laduje jako pierwszy, ale o tym juz w nastepnym poscie...
Wschod slonca, jak to podkresla wielu autorow ksiazek o Afryce, na tym kontynencie nastepuje bardzo szybko. I jest to sluszne spostrzezenie - juz o 8 rano ciezko na sloncu wytrzymac i kazdy, kto ma wiecej oleju w glowie niz osiolek, zaczyna szukac cienia. Oczywiscie tyczy sie to lata.
Tak wiec chcial nie chcial, wstaje rano i ruszam. Wiem czego sie spodziewac - bedzie ciagle pod gore. I jest! Pot leje sie ze mnie strumieniem, przypominajac stare dobre czasy w Turcji, czy z poczatku wyprawy, gdy z trudem gonilem za chlopakami po roztoczanskich wzgorzach...
Podjazd jest jednak niemal przyjemny: droga jest w swietnym stanie, ruch jest bardzo maly, a co najwazniejsze otaczaja mnie przepiekne krajobrazy. Synaj jest jak zlamanie otwarte kosci Ziemii: gory zdaja sie siegac pamiecia czasow Stworzenia, choc odebraly swoja lekcje od z rzadka padajacych deszczy (za to przez miliony lat!) i wiatru, niosocego pyl i piasek i w ten sposob rzezbiacego fantazyjne ksztalty. Na dlugich odcinkach nie ma ani krztyny zycia, nawet jednego meszka czy porostu - gory spotykaja sie tu z niebem bez zadnych posrednikow. Doprawdy, wspaniala sceneria na spotkanie Czlowieka i Boga tak, jak to zostalo opisane w Biblii.
We wnetrzu polwyspu znajduja sie przepiekne pustynie piaszczyste, podobne do tych w okolicach Wadi-Rum. Porozrzucane tu i owdzie skaly sa czesto podciete na dole, przez niesiony przez wiatr tuz przy powierzchni ziemii piasek. W jednym z takich miejsc zdobywam kawalek cienia, w ktorym przeczekuje najgorszy fragment dnia.
Ruszam dalej, dzien ustepuje nocy, a Slonce Ksiezycowi. Ksiezyc jest w pelni i swieci znakomicie - mozna obserwowac odlegle krajobrazy zupelnie jak za dnia! Droga jest znakomicie oswietlona tym naturalnym swiatlem i jedyne co mi przeszkadza, to narastajace zmeczenie... Najgorzej jest na 95 km, kiedy to o malo co nie wyciagam karimaty i nie klade sie spac, jednak jakas przezwyciezam zmeczenie i jade dalej. Jeszcze tylko 3 wojskowe checkpointy (jeden przy stacji benzynowej - info dla rowerzystow: maja tam zimne napoje co najmniej 2x tansze niz w miasteczku, mozna, a nawet trzeba sie targowac) i docieram do Klasztoru Sw. Katarzyny (prawoslawnego). Tutaj przepak, zostawiam rower, improwizuje plecak z karimaty i gumki do mocowania i ruszam do gory! Po drodze spotykam Araba z wielbladem, jako iz udalo mi sie dwukrotnie zbic cene, podjezdzam mniej wiecej polowe drogi na grzbiecie wielbada. Wyobrazcie to sobie: noc, ksiezyc swieci jak szalony, Arab co chwila cos tam mamrocze do leniwego wielblada, a ja siedze chyba z 2 m nad ziemia i obserwuje dlugasna, poruszajaca sie raz do przodu, raz do tylu szyje wielblada. Szyja jest zakonczona lbem z jak by sie wydawalo wystajacymi na boki oczami. Wielblad nie raz idzie skrajem przepasci, a jedyne co mi pozostaje, to zaufac jego intuicji. Gdzies w dole widac swiatla latarek kolejnych grup, jednak prawde rzeklszy sztuczne swiatlo nie jest tu zupelnie potrzebne - przy tak intensywnym ksiezycu staje sie oczywiste, dlaczego karawany podrozowaly w nocy i dlaczego nawet dzisiaj wielu kierowcow na pustyni woli wlaczac jedynie swiatla pozycyjne, korzystajac glownie z oswietlenia ksiezycowego (i ja sie do nich prawde rzeklszy zaliczam ;).
Na szczycie laduje jako pierwszy, ale o tym juz w nastepnym poscie...
wtorek, 15 lipca 2008
eg-nuweiba
5699 W Nuweibie wielblady wlocza sie miedzy blokami i wyjadaja smieci,plaze sa puste i rafa k. jest a ja sie lejszmanie;-)
Nuweiba sprawia wrazenie miasta wymarlego i rzeczywiscie: podstawowa grupa utrzymujaca ten resort byla mlodzierz izraelska, ktora z oczywistych wzgledow nie jest teraz mile widziana. Cale plaze mozna wiec miec dla siebie, do tego noclegi sa smieszne tanie, choc dla odmiany jedzenie jest drogie - w kazdym razie na pewno jest tu taniej, niz na naszym wybrzezu.
Coz mozna dodac? W Nuweibie wieczorem odzywa troche port, gdzie jest kilka knajp, a kazda z nich ma kilka telewizorow - i tak, wsrod kakofonii roznych filmow, wypoczywaja miejscowi.
Nuweiba to miejsce dla ludzi, ktorzy zdecydowanie chca odpoczac od tloku... Najlepiej w ponoc najlepszym na Synaju kempingu "soft beach", ktory jak to napisano w przewodniku lonely planet jest proba stworzenia kawalka raju - proba nawet udana :) co i ja potwierdzam!
poniedziałek, 14 lipca 2008
eg-nueiba
5680,29.02088 34.67533 Prom z Akaby mial odplynac o12 a odplynal o21. 77.dnia docieram zatem do 10.kraju-Egiptu.Ale goraco!
dodano: aha, no i trzeciego kontynentu - Afryki!
Ze zdziwieniem stwierdzam, ze wczorajsza eskapada po Petrze w ogole nie zaszkodzila predkosci poruszania sie na rowerze - wyglada na to, ze pracuja tutaj inne partie miesni, na szczescie!
Krajobraz robi sie coraz bardziej jalowy, a grzbiet, ktory ciagnie sie gdzies od Syrii i na ktorym mieszka zdecydowanie wieksza czesc obywateli Jordanii robi sie coraz wezszy, tak iz mozna z niego ogarnac na raz pustynie na wschodzie i pystynie na zachodzie ;) Mimo tego, a moze wlasnie dlatego, coraz wiecej tu beduinow (a coraz mniej zwyklych rolnikow), a w zwiazku z tym coraz czesciej podziwiam ich inwentarz: flegmatyczne wielblady, katatoniczne osly, wiecznie czegos szukajace kozy i owce, szczekajace psy...
W koncu droga zchodzi na dol, a ja ciesze sie ze wspanialego zjazdu i laduje na przepieknej pustynii: wsrod jej piaskow rozrzucone sa jak wyspy wspaniale formacje skalne, silnie rzezbione wiatrem - to okolice slynnego Wadi-Rum, uznawanego przez wielu za esencje Pustyni.

Ja jednak jade dalej, a droga ciagle wiedzie w dol. Z kazdym metrem wydaje sie, ze jest coraz gorecej, a wiatr coraz bardziej zdecydowanie niesie zar z poludnia. W pewnym momencie droga wpada do jednego z ueduow i wije sie miedzy poteznymi, zupelnie pozbawionymi zycia gorami. Wiatr wieje 40 km/h, ja tez jade 40 km/h i mam wrazenie, jakbym zjezdzal do piekla... Nie jest jednak tak zle, wkrotce docieram do Akaby, jedynego jordanskiego portu polozonego nad Zat. Akaba. Jest to specyficzne miejsce - spotykaja sie tu granice 4 krajow, i tuz obok siebie polozone sa trzy porty: egipska Taba, izraelski/palestynski Eljat, jordanska Akaba. Okazuje sie, ze port z ktorego odplywa prom do egiptu polozony jest az 7 km za miastem. Az, bo jest wczesne popoludnie i musze uczciwie przyznac, ze jeszcze nigdy takiego goraca nie czulem! Z trudem podjezdzam pod male gorki droga ciagnaca sie nad Morzem Czerwonym.
Dlaczego port jest oddalony od miasta? To ciekawa historia: Akaba rozrastala sie szybko (dzisiaj to specjalna strefa ekonomiczna i dalej sie rozwija), az Jordanii zabraklo miejsca nad morzem. W zwizku z tym krolowie Jordanii i Arabii Saudyjskiej wymienili sie ziemia: za kilkanascie kilometrow skalistego wybrzeza Jordania musiala oddac kilka tysiecy km kw. pustyni...
Prom oficjalnie odplywa o 12, ale bedac o 15 w Akabie dowiedzialem sie, ze jeszcze stoi w porcie. Zebralem wiec wszystkie sily (w tym momencie juz mialem 110 km na liczniku) i ruszylem walczyc z podjazdami i upalem... Dotarlem do portu i wpadlem jak by to powiedziec... w srodek chaosu. Przed budynkami portowymi znajduje sie plac, na ktorym klebia sie ludzie, a przede wszystkim dzieciaki ktore biegaja, skacza, placza, krzycza i ogolnie poteguja wrazenie chaosu; ale ludzie to nie wszystko: plac jest zastawiony dziesiatkimi wielgachnych samochodow, glownie pochodzenia amerykanskiego oraz mercedesow z wielgachnymi pakami na dachach, oprocz tego leza na nim jakies plytki ceramiczne, metalowe prety, oczywiscie masa smieci. To jednak wstep do tego, czym sa budynki portowe. Wlasnie przeprowadzany jest remont, zatem kolejki ludzi klebia sie wsrod zwisajacych z sufitow kabli. Okienka sa puste, jednak gdy ktos sie w jakims pojawi, lud rzuca sie z desperacja w jego kierunku, rozpychajac sie lokciami i spotykajac sie z chlodna pogarda pracownikow portu i urzedu imigracyjnego po drugiej stronie... W dodatku bilet kupuje sie na innym pietrze, niz sklada sie oplaty wyjazdowe, trzeba zatem sie sporo nabiegac, uwazajac przy tym, by nie nadepnac ktorejs z lezacych pokotem WSZEDZIE postaci. Wszedzie znaczy pod scianami ale i na srodku przejscia - dziwnym trafem na suficie nikt nie lezal ;)
Informacja co jakis czas nadaje komunikat ze juz, ze trzeba sie szykowac, ze bedziemy sie ladowac na prom. Ludzie z rezygnacja podnasza sie, pakuja koce, materace i co tam jeszcze maja, laduja sie do samochodow lub ida pod brame, ale nie, niestety - wystapil problem techniczny, prosze poczekac jedna godzine. I tak do 21., kiedy to wreszcie prom odplywa, by przyplynac do Nuweiby w Egipcie o jakze korzystnej porze: 3 nad ranem...
Z portu jest jeszcze pare ladnych km do Nuweiby, gdy tu docieram, slonce wstaje znad gor Polwyspu Arabskiego... Nie ma wiec tego zlego, co by na dobre nie wyszlo, bo widowisko jest na prawde przednie!
Lapie drzemke na plazy az rosnaca temperatura nie zmusza mnie do poszukania sobie jakiegos lepszego miejsca, ktorym okazuje sie kawiarenka internetowa, skad serdecznie Was pozdrawiam!
dodano: aha, no i trzeciego kontynentu - Afryki!
Ze zdziwieniem stwierdzam, ze wczorajsza eskapada po Petrze w ogole nie zaszkodzila predkosci poruszania sie na rowerze - wyglada na to, ze pracuja tutaj inne partie miesni, na szczescie!
Krajobraz robi sie coraz bardziej jalowy, a grzbiet, ktory ciagnie sie gdzies od Syrii i na ktorym mieszka zdecydowanie wieksza czesc obywateli Jordanii robi sie coraz wezszy, tak iz mozna z niego ogarnac na raz pustynie na wschodzie i pystynie na zachodzie ;) Mimo tego, a moze wlasnie dlatego, coraz wiecej tu beduinow (a coraz mniej zwyklych rolnikow), a w zwiazku z tym coraz czesciej podziwiam ich inwentarz: flegmatyczne wielblady, katatoniczne osly, wiecznie czegos szukajace kozy i owce, szczekajace psy...
W koncu droga zchodzi na dol, a ja ciesze sie ze wspanialego zjazdu i laduje na przepieknej pustynii: wsrod jej piaskow rozrzucone sa jak wyspy wspaniale formacje skalne, silnie rzezbione wiatrem - to okolice slynnego Wadi-Rum, uznawanego przez wielu za esencje Pustyni.
Ja jednak jade dalej, a droga ciagle wiedzie w dol. Z kazdym metrem wydaje sie, ze jest coraz gorecej, a wiatr coraz bardziej zdecydowanie niesie zar z poludnia. W pewnym momencie droga wpada do jednego z ueduow i wije sie miedzy poteznymi, zupelnie pozbawionymi zycia gorami. Wiatr wieje 40 km/h, ja tez jade 40 km/h i mam wrazenie, jakbym zjezdzal do piekla... Nie jest jednak tak zle, wkrotce docieram do Akaby, jedynego jordanskiego portu polozonego nad Zat. Akaba. Jest to specyficzne miejsce - spotykaja sie tu granice 4 krajow, i tuz obok siebie polozone sa trzy porty: egipska Taba, izraelski/palestynski Eljat, jordanska Akaba. Okazuje sie, ze port z ktorego odplywa prom do egiptu polozony jest az 7 km za miastem. Az, bo jest wczesne popoludnie i musze uczciwie przyznac, ze jeszcze nigdy takiego goraca nie czulem! Z trudem podjezdzam pod male gorki droga ciagnaca sie nad Morzem Czerwonym.
Dlaczego port jest oddalony od miasta? To ciekawa historia: Akaba rozrastala sie szybko (dzisiaj to specjalna strefa ekonomiczna i dalej sie rozwija), az Jordanii zabraklo miejsca nad morzem. W zwizku z tym krolowie Jordanii i Arabii Saudyjskiej wymienili sie ziemia: za kilkanascie kilometrow skalistego wybrzeza Jordania musiala oddac kilka tysiecy km kw. pustyni...
Prom oficjalnie odplywa o 12, ale bedac o 15 w Akabie dowiedzialem sie, ze jeszcze stoi w porcie. Zebralem wiec wszystkie sily (w tym momencie juz mialem 110 km na liczniku) i ruszylem walczyc z podjazdami i upalem... Dotarlem do portu i wpadlem jak by to powiedziec... w srodek chaosu. Przed budynkami portowymi znajduje sie plac, na ktorym klebia sie ludzie, a przede wszystkim dzieciaki ktore biegaja, skacza, placza, krzycza i ogolnie poteguja wrazenie chaosu; ale ludzie to nie wszystko: plac jest zastawiony dziesiatkimi wielgachnych samochodow, glownie pochodzenia amerykanskiego oraz mercedesow z wielgachnymi pakami na dachach, oprocz tego leza na nim jakies plytki ceramiczne, metalowe prety, oczywiscie masa smieci. To jednak wstep do tego, czym sa budynki portowe. Wlasnie przeprowadzany jest remont, zatem kolejki ludzi klebia sie wsrod zwisajacych z sufitow kabli. Okienka sa puste, jednak gdy ktos sie w jakims pojawi, lud rzuca sie z desperacja w jego kierunku, rozpychajac sie lokciami i spotykajac sie z chlodna pogarda pracownikow portu i urzedu imigracyjnego po drugiej stronie... W dodatku bilet kupuje sie na innym pietrze, niz sklada sie oplaty wyjazdowe, trzeba zatem sie sporo nabiegac, uwazajac przy tym, by nie nadepnac ktorejs z lezacych pokotem WSZEDZIE postaci. Wszedzie znaczy pod scianami ale i na srodku przejscia - dziwnym trafem na suficie nikt nie lezal ;)
Informacja co jakis czas nadaje komunikat ze juz, ze trzeba sie szykowac, ze bedziemy sie ladowac na prom. Ludzie z rezygnacja podnasza sie, pakuja koce, materace i co tam jeszcze maja, laduja sie do samochodow lub ida pod brame, ale nie, niestety - wystapil problem techniczny, prosze poczekac jedna godzine. I tak do 21., kiedy to wreszcie prom odplywa, by przyplynac do Nuweiby w Egipcie o jakze korzystnej porze: 3 nad ranem...
Z portu jest jeszcze pare ladnych km do Nuweiby, gdy tu docieram, slonce wstaje znad gor Polwyspu Arabskiego... Nie ma wiec tego zlego, co by na dobre nie wyszlo, bo widowisko jest na prawde przednie!
Lapie drzemke na plazy az rosnaca temperatura nie zmusza mnie do poszukania sobie jakiegos lepszego miejsca, ktorym okazuje sie kawiarenka internetowa, skad serdecznie Was pozdrawiam!
sobota, 12 lipca 2008
jr-?
5546, 30.21348 35.47383 Uff ,Petra w lecie to hardkor: 20km piechota - 4l wody (najlepsza od Mojzesza), ale warto dla klimatu, zabytkow, uedow i gor :D
To, co dzisiaj mozemy ogladac z Petry, to glownie grobowce - i robia one wrazenie! A teraz sprobujcie sobie wyobrazic, jak wygladalo to miasto np. 100 lat p.n.e., gdy nie zostalo jeszcze zniszczone przez liczne trzesienia ziemii i wichry historii...
Zaczynajac z Wadi Musa (arab. Zrodlo Mojzesza) wkraczamy w waski kanion o wysokich scianach. Jego dno jest plaskie, a wzdluz scian biegna kanaly na wode. Gdy wydaje nam sie, ze kanion bedzie sie tak ciagnac w nieskonczonosc, nagle z za zakretu pojawia sie Skarbiec - wlasnie w tym miejscu nakrecono scene z Indiany Jonesa. 
Dalej jeszcze jeden, znacznie juz krotszy kanion i trafiamy na tzw. Ulice Fasad - fasady sa wykute w skale na roznych wysokosciach. Ciezko okreslic tu styl architektoniczny - tak na prawde jest to mieszanka architektury greckiej, rzymskiej, egipskiej, tak samo, jak i z roznych stron swiata przybywaly do Petry liczne karawany poruszajace sie Jedwabnym Szlakiem...
Oprocz licznych grobowcow i swiatyni, do ktorych wioda stopnie wykute przed ponad dwoma tysiacami lat w skale, trzeba oddac hold wspanialym skalom Petry skaldajacym sie z piaskowca. Nieraz sciany te zamieniaja sie w niezwykle malowidla, tworzone przez kolejne warstwy skaly.
Miedzy skalami znajduja sie wadi - doliny rzek okresowych. Teraz sa calkowicie wyschniete, jednak ich dna porastaja oleandry, ktore nie sa juz kwiatkami, nie sa krzakami, ale sa prawdziwymi drzewami dwukrotnie wyzszymi od przecietnego czlowieka!
Oczywiscie jest to najbardziej oblegana atrakcja turystyczna Jordanii, co nie znaczy jednak, ze gdy nie zboczymy troche z ubitego szlaku do ktoregos z wadi, nie znajdziemy sie tam zupelnie sami, wsrod stromych, fantastycznych zboczy z piaskowca, kwitnacych oleandrow i fasad wykutych tysiace lat temu w skale przez tajemniczych Nabatejczykow, najznamienitszych Arabow swoich czasow. Miejsca czesciej odwiedzane tez maja swoj koloryt: miejscowa ludnosc oferuje "donkey taxi" czyli podwozke osiolkiem, mozna tez dosiasc konia czy wielblada - o ile rano turysci dzielnie odmawiaja pokusie, o tyle z biegiem dnia coraz wiecej zwierzatek znajduje na swych grzbietach coraz bardziej zmeczonych upalem jezdzcow.
Beduini z tajemnicza mina wyciagaja z kieszeni "autentyczne" nabatejskie monety, ktore wymienia chetnie zaledwie za Wasz zegarek. Gdy udacie sie do Klasztoru na Gorze zwanego Ad-Deir i bedacego niemal idealna, lecz powiekszona kopia Skarbca (Al-Khazneh), znajdziecie tam mase drogowskazow, kazdy obiecujacy "view, spring water, desert panorama" (widok, woda zrodlana, panorama pustyni) i kazdy tak na prawde prowadzacy do jednego z namiotow z Beduinem i pamiatkami i ewentualnie jakims widokiem, lecz na pewno bez zrodelka i z ledwo widoczna przez zapylone powietrze pustynia...
Taka jest Petra i mimo, ze wjazd nie jest tani a sama miejscowosc zdecydowanie przeceniona jak na jordanskie warunki, warto sie tu wybrac i poczuc jak Indiana Jones lub moze jak prawdziwy odkrywca Petry, Szwajcar Ludwig Burchardt, ktory odkryl ja w 1812 roku...
Dodajmy do tego, ze nie byloby Petry, gdyby nie bijace w gorze doliny krystalicznie czyste zrodlo - zrodlo, ktore ponoc stworzyl Mojzesz uderzajac w skale swoim pasterskim kijem, a od ktorego pochodzi dzisiejsza nazwa miejscowosci (Wadi Musa).
A wiec po obejrzeniu tych wszystkich cudow napelniam butelki swieta woda i ruszam przepiekna, panoramiczna droga, by niebawem rozlozyc karimate wsrod wzgorz, skad widac swiatla odleglych miejscowosci w Dolinie Morza Martwego, oraz tysiace gwiazd zdawalo by sie bedacych tuz na wyciagniecie reki...
piątek, 11 lipca 2008
jr - petra (wadi musa)
5525, 30.324698, 35.497765, Petra (Wadi Musa)
Rano z zadowoleniem stwierdzam, ze rozlozylem karimate w iglastym lesie - wiatr, ktory na drodze by mi dokuczal rozkosznie chlodzi, z trudem opuszczam to magiczne miejsce. W moim polu widzenia znajduja sie sciany kanionow, oboz Beduinow i gdzies daleko, hen hen, ponad kilometr nizej - Morze Martwe.
Dzisiaj piatek, swiety dzien dla muzulmanow. We wsiach, ktore mijam, rozbrzmiewaja przez megafony kazania imamow. Jak zwykle dostaje mnostwo pozdrowien i zaproszen na herbate - zastanawiam sie nawet nad tym, jak tu skonstruowac stelaz, tak, zebym nie musial za kazdym razem unosic prawej reki ;)
Atrakcja dnia jest zamek Szoubak. Zostal on wybudowany przez chrzescijanskich rycerzy i nalezy do calej linii ciagnacej sie od Akaby nad Morzem Czerwonym po poludniowa Turcje. Zamek nie zostal jeszcze do konca odbudowany przez archeologow i dlatego ma niezly klimat. Polozony jak by sie zdawalo wsrod jalowych wzgorz, tak na prawde ma znakomita lokalizacje. Z zamku rowniez widac pozostalosci dawnych wiosek, w tym domow, jam wykutych w skale i tarasow uprawowych.
Rano z zadowoleniem stwierdzam, ze rozlozylem karimate w iglastym lesie - wiatr, ktory na drodze by mi dokuczal rozkosznie chlodzi, z trudem opuszczam to magiczne miejsce. W moim polu widzenia znajduja sie sciany kanionow, oboz Beduinow i gdzies daleko, hen hen, ponad kilometr nizej - Morze Martwe.
Dzisiaj piatek, swiety dzien dla muzulmanow. We wsiach, ktore mijam, rozbrzmiewaja przez megafony kazania imamow. Jak zwykle dostaje mnostwo pozdrowien i zaproszen na herbate - zastanawiam sie nawet nad tym, jak tu skonstruowac stelaz, tak, zebym nie musial za kazdym razem unosic prawej reki ;)
Atrakcja dnia jest zamek Szoubak. Zostal on wybudowany przez chrzescijanskich rycerzy i nalezy do calej linii ciagnacej sie od Akaby nad Morzem Czerwonym po poludniowa Turcje. Zamek nie zostal jeszcze do konca odbudowany przez archeologow i dlatego ma niezly klimat. Polozony jak by sie zdawalo wsrod jalowych wzgorz, tak na prawde ma znakomita lokalizacje. Z zamku rowniez widac pozostalosci dawnych wiosek, w tym domow, jam wykutych w skale i tarasow uprawowych.
Ale najlepszy z tego wszystkiego jest olbrzymi tunel wykuty w skale, schodzacy ponad 200 m do podnoza wzgorza zamkowego. Trzeba przyniesc wlasna latarke - moja byla slaba, wiec schody pokryte warstwa pylu zdawaly sie ciagnac w nieskonczonosc. Sciany to lita skala, w ktorej mozna rozroznic poszczegolne zyly. Zdecydowanie obowiazkowy obiekt dla wielbicieli "swiata podziemi" wybierajacych sie do Jordanii!
Gdy przyjalem w koncu jedno z zaproszen na herbate, moi gospodarze sciagneli z pobliskiego meczetu imama, ktory staral sie mnie nawrocic na islam. Mowi, ze to religia pokoju i dobrych ludzi i rzeczywiscie, patrzac na to, co do tej pory widzialem, trudno sie z tym nie zgodzic. Obiecuje mu, ze poczytam Koran, jednak nie daje sie nawrocic ;)
Wieczorem pedze wsrod wawozow, ktore o zachodzie slonca przybieraja pomaranczowawa barwa i zdaja sie swiecic wlasnym swiatlem. Gdzies daleko widze poszarpane skaly Petry, do ktorej bezproblemowo docieram i skad za pomoca niewiarygodnie wolnego (pod wzgledem predkosci ;) internetu wysylam niniejsza wiadomosc.
Gdy przyjalem w koncu jedno z zaproszen na herbate, moi gospodarze sciagneli z pobliskiego meczetu imama, ktory staral sie mnie nawrocic na islam. Mowi, ze to religia pokoju i dobrych ludzi i rzeczywiscie, patrzac na to, co do tej pory widzialem, trudno sie z tym nie zgodzic. Obiecuje mu, ze poczytam Koran, jednak nie daje sie nawrocic ;)
Wieczorem pedze wsrod wawozow, ktore o zachodzie slonca przybieraja pomaranczowawa barwa i zdaja sie swiecic wlasnym swiatlem. Gdzies daleko widze poszarpane skaly Petry, do ktorej bezproblemowo docieram i skad za pomoca niewiarygodnie wolnego (pod wzgledem predkosci ;) internetu wysylam niniejsza wiadomosc.
czwartek, 10 lipca 2008
jr-dana
5450,30.69461 35.60774 Gorki i kaniony konkret,teren gesto zamieszkany,dzieciaki rzucaja kamieniami a policja przebija detke
Z samego rana zwiedzam pobliski zamek Krzyzakow, ktory byl niejednokrotnie bezkutecznie oblegany przez samego Salladyna oraz jego brata, a ktory w koncu padl po 8-miesiecznym oblezeniu!
Po oddaniu sprawiedliwosci tej wspanialej, sredniowiecznej budowli, zanuzam sie w ulice miasta by znalezc cos na sniadanie. Natrafiam na jeden z tych malutkich barow z falafelami i zamawiam ta uniwersalna i tania potrawe. Po spozyciu chce uiscic rachunek, ku mojemu zdziwieniu sprzedawca wydaje mi z 10 JD (dinar jordanski ~ 3 zl) 8,5 JD - czyzby falafel tutaj byl az pieciokrotnie drozszy niz w Ammanie? Generalnie arabowie do kazdego rachunku dla turysty dodaja bakszysz, o czym nigdy nie racza poinformowac, ale ta kropla przelala czare mojej cierpliwosci - udaje sie do pobliskiego posterunku "tourist police" gdzie nawet kilka osob rozumie co-nieco po angielsku i wkrotce wracam do baru w towarzystwie funkcjonariuszy. Typ oddaje mi kase a co najwazniejsze pali sie ze wstydu - moze nie bedzie juz probowal naciac kolejnych turystow?
Tak oto z mieszanymi uczuciami opuszczam Karak. Po drodze na stacji benzynowej zaopatruje sie w wode i wdaje sie w pogawedke po rosyjsku z pracownikami stacji - jak mi mowia, w Karaku lubia Rosjan i wiele osob mowi po rosyjsku - ot taka regionalna ciekawostka.
Niebawem zaglebiam sie w kolejnym oblrzymim kanionie - Wadi Hasa. Oczywiscie latwo sie zjezdza, ale sprawa wyglada trudniej z wjazdem na przeciwlegla sciane kanionu. Z pomoca przychodzi mi... taktor! Usmiechniety Arab zatrzymuje swoje czerwone cudo na poboczu i macha do mnie, zebym podjechal. Z tylu ma zalozony plug, przywiazuje do jego ramy kawalek sznurka, za ktory ja trzymam raz jedna, raz druga reka. Choc palce nieomal mi odpadaja, sprawnie wydostaje sie z kanionu, a na koniec dostaje jeszcze zimna kole w lokalnym sklepie ;)
Jade dalej, wlasiciel jednego z licznych przydroznych sklepikow pokazuje, zebym sie zatrzyma i odpoczal - trudno mi oprzec sie tej pokusie, tym bardziej ze sklepik zaopatrzony jest w lodowke z zimnymi napojami...
Wlasciciel sklepu okazuje sie bardzo madrym czlowiekiem, w ktorego oczach dostrzegam madrosc, niezmacony spokoj i dobro - jakze wiele jest takich szczesliwych ludzi na Bliskim Wschodzie! Pyta sie mnie, dlaczego Amerykanie strzelaja do Arabow - moge odpowiedziec? Niestety tylko tyle, ze wojna jest zla, a swiat nie jest sprawiedliwy...
Ruszam dalej. Przy drodze znajduja sie liczne wioski, nadchodzi wieczor, ludzie wylegaja na ulice. Z niepokojem obserwuje pobocze, na ktorym klebia sie masy dzieciakow i na ktorym lezy masa zwiru. Niestety, w pewnym momencie jakas granica zostaje przekroczona i kilka razy leca w moim kierunku kamienie. Na Bliskim Wschodzie jest tak, ze dziecmi za bardzo sie nikt nie przejmuje, tyle ich jest; wlocza sie wiec samopas, bez zadnej kontroli (moze dlatego pozniej Arabowie sa tacy spontaniczni i mimo wszystko calkiem zaradni?). Gdy zatrzymuje rower, dzieciaki uciekaja. Zaden z kamieni we mnie nie trafia - wydaje mi sie, ze stosuja one technike pasterska, gdzie kieruje sie stadem wlasnie rzucajac kamieniami. Byc moze chca mnie zatrzymac i porozmawiac oraz obejrzec moj rower, ale przeciez nie bede sie zatrzymywal przy kazdej grupce malych urwisow, nie rozumiem tez, co do mnie krzycza po arabsku... Po prostu macham reka i jade dalej!
Zapada noc, a ja dalej sobie pedaluje. Wkrotce pojawia sie woz policyjny, zatrzymuje sie przede mna, policjanci pokazuja swoje odznaki. Pytam sie, czy chca mnie podwiezc, a oni kaza mi wsiadac. Raz dwa i wspolnymi silami laduje w terenowej toyocie, ku niejakiemu zdziwieniu moim (bo nie sadzilem, ze beda chcieli mnie podwiezc) i policjantow (bo chyba sadzili, ze bede stawial opor i nie dam sie nigdzie zabrac). No tak, zamiast do nastepnej wioski, do ktorej zmierzam, zatrzymujemy sie na posterunku policji, gdzie dowodca niezla angielszczyzna tlumaczy mi, ze jazda w nocy jest niebezpieczna. Pokazuje im moje swiatelka i pozwalaja mi jechac dalej, jednak gdy wyladowywujemy rower okazuje sie, ze nie ma powietrza w tylnej oponie. Wyciagam wiec detke zakupiona rano w Karaku, ale okazuje sie, ze wentyl jest za krotki... Znowu mozolne klejenie detki, ktora zreszta po raz pierwszy zostala przebita kolo Drochobyczy na Ukrainie!
Na walke z obydwoma detkami trace jednak duzo energii i czasu i rozkladam karimate w pobliskim lasku. Wreszcie czuje troche chlodu, badz co badz jest noc i ponad 1000 m n.p.m.
Z samego rana zwiedzam pobliski zamek Krzyzakow, ktory byl niejednokrotnie bezkutecznie oblegany przez samego Salladyna oraz jego brata, a ktory w koncu padl po 8-miesiecznym oblezeniu!
Po oddaniu sprawiedliwosci tej wspanialej, sredniowiecznej budowli, zanuzam sie w ulice miasta by znalezc cos na sniadanie. Natrafiam na jeden z tych malutkich barow z falafelami i zamawiam ta uniwersalna i tania potrawe. Po spozyciu chce uiscic rachunek, ku mojemu zdziwieniu sprzedawca wydaje mi z 10 JD (dinar jordanski ~ 3 zl) 8,5 JD - czyzby falafel tutaj byl az pieciokrotnie drozszy niz w Ammanie? Generalnie arabowie do kazdego rachunku dla turysty dodaja bakszysz, o czym nigdy nie racza poinformowac, ale ta kropla przelala czare mojej cierpliwosci - udaje sie do pobliskiego posterunku "tourist police" gdzie nawet kilka osob rozumie co-nieco po angielsku i wkrotce wracam do baru w towarzystwie funkcjonariuszy. Typ oddaje mi kase a co najwazniejsze pali sie ze wstydu - moze nie bedzie juz probowal naciac kolejnych turystow?
Tak oto z mieszanymi uczuciami opuszczam Karak. Po drodze na stacji benzynowej zaopatruje sie w wode i wdaje sie w pogawedke po rosyjsku z pracownikami stacji - jak mi mowia, w Karaku lubia Rosjan i wiele osob mowi po rosyjsku - ot taka regionalna ciekawostka.
Niebawem zaglebiam sie w kolejnym oblrzymim kanionie - Wadi Hasa. Oczywiscie latwo sie zjezdza, ale sprawa wyglada trudniej z wjazdem na przeciwlegla sciane kanionu. Z pomoca przychodzi mi... taktor! Usmiechniety Arab zatrzymuje swoje czerwone cudo na poboczu i macha do mnie, zebym podjechal. Z tylu ma zalozony plug, przywiazuje do jego ramy kawalek sznurka, za ktory ja trzymam raz jedna, raz druga reka. Choc palce nieomal mi odpadaja, sprawnie wydostaje sie z kanionu, a na koniec dostaje jeszcze zimna kole w lokalnym sklepie ;)
Jade dalej, wlasiciel jednego z licznych przydroznych sklepikow pokazuje, zebym sie zatrzyma i odpoczal - trudno mi oprzec sie tej pokusie, tym bardziej ze sklepik zaopatrzony jest w lodowke z zimnymi napojami...
Wlasciciel sklepu okazuje sie bardzo madrym czlowiekiem, w ktorego oczach dostrzegam madrosc, niezmacony spokoj i dobro - jakze wiele jest takich szczesliwych ludzi na Bliskim Wschodzie! Pyta sie mnie, dlaczego Amerykanie strzelaja do Arabow - moge odpowiedziec? Niestety tylko tyle, ze wojna jest zla, a swiat nie jest sprawiedliwy...
Ruszam dalej. Przy drodze znajduja sie liczne wioski, nadchodzi wieczor, ludzie wylegaja na ulice. Z niepokojem obserwuje pobocze, na ktorym klebia sie masy dzieciakow i na ktorym lezy masa zwiru. Niestety, w pewnym momencie jakas granica zostaje przekroczona i kilka razy leca w moim kierunku kamienie. Na Bliskim Wschodzie jest tak, ze dziecmi za bardzo sie nikt nie przejmuje, tyle ich jest; wlocza sie wiec samopas, bez zadnej kontroli (moze dlatego pozniej Arabowie sa tacy spontaniczni i mimo wszystko calkiem zaradni?). Gdy zatrzymuje rower, dzieciaki uciekaja. Zaden z kamieni we mnie nie trafia - wydaje mi sie, ze stosuja one technike pasterska, gdzie kieruje sie stadem wlasnie rzucajac kamieniami. Byc moze chca mnie zatrzymac i porozmawiac oraz obejrzec moj rower, ale przeciez nie bede sie zatrzymywal przy kazdej grupce malych urwisow, nie rozumiem tez, co do mnie krzycza po arabsku... Po prostu macham reka i jade dalej!
Zapada noc, a ja dalej sobie pedaluje. Wkrotce pojawia sie woz policyjny, zatrzymuje sie przede mna, policjanci pokazuja swoje odznaki. Pytam sie, czy chca mnie podwiezc, a oni kaza mi wsiadac. Raz dwa i wspolnymi silami laduje w terenowej toyocie, ku niejakiemu zdziwieniu moim (bo nie sadzilem, ze beda chcieli mnie podwiezc) i policjantow (bo chyba sadzili, ze bede stawial opor i nie dam sie nigdzie zabrac). No tak, zamiast do nastepnej wioski, do ktorej zmierzam, zatrzymujemy sie na posterunku policji, gdzie dowodca niezla angielszczyzna tlumaczy mi, ze jazda w nocy jest niebezpieczna. Pokazuje im moje swiatelka i pozwalaja mi jechac dalej, jednak gdy wyladowywujemy rower okazuje sie, ze nie ma powietrza w tylnej oponie. Wyciagam wiec detke zakupiona rano w Karaku, ale okazuje sie, ze wentyl jest za krotki... Znowu mozolne klejenie detki, ktora zreszta po raz pierwszy zostala przebita kolo Drochobyczy na Ukrainie!
Na walke z obydwoma detkami trace jednak duzo energii i czasu i rozkladam karimate w pobliskim lasku. Wreszcie czuje troche chlodu, badz co badz jest noc i ponad 1000 m n.p.m.
środa, 9 lipca 2008
jr-karak
5375,31.18287 35.702 Dramat.brak zaopatrz.w detki,stare poklejone jak nos M.Jacksona.Wspanialy kanion i widok z dachu htlu2*
wtorek, 8 lipca 2008
jr-dhiban
5329,31.50149 35.78356 Gora-dol,jade krol. droga na pld.,po drodze mozaiki w Madabie i chordy dzieciakow przy napr.detek(4*)
poniedziałek, 7 lipca 2008
jr-amman(znow:-)
5230,31.95185 35.93263 W okol.Jerycha odkrylem kilka interes.miejsc. Kocham A. za cukiernie,bary i pijalnie sokow:-D
niedziela, 6 lipca 2008
izr/pal-zach.brzeg
5189,31.82726 35.38743 Niezly zjazd z Jer. i nowy rekord-77km/h!Widze stad Jer.,M.M. i Amman!Jutro wracam do Jord.
Subskrybuj:
Posty (Atom)