Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maroko 2012. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maroko 2012. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 listopada 2012

Na wschodzie: Dolina Ziz i okolice

Tak więc ostatnio zostawiliśmy Was w momencie, gdy rano wstajemy w miejscówce, którą znaleźliśmy w nocy. Widać stąd ośnieżone już szczyty Atlasu Wysokiego, ale my się kierujemy na wschód: w kierunku pustyni.

Rozpoczyna się piękny, długi na kilkadziesiąt kilometrów zjazd. Wiatr w plecy, rowery same jadą 25 km/h. No po prostu żyć nie umierać. Nawet Iza zaczyna się uśmiechać i wszystko byłoby ok, gdyby nie to że Iza zablokowała się psychicznie przed wpinaniem się na hol. Póki jest zjazd i wiatr z górki nie stanowi to problemu, ale gdy droga się wypłaszcza, asfalt zdecydowanie pogarsza a wiatr zaczyna wiać z przodu, okazuje się, że między nami - chłopakami, a Izą jest co najmniej kilka km/h różnicy.

Co tu dużo mówić - Iza wkurza się na maksa, co ma kilka pozytywów. Po pierwsze płynnie wchodzi w słownictwo używane przez nas na co dzień na wyprawie. Tak tak, jak oglądacie pokazy slajdów czy filmy z podróży, to może wydaje Wam się, że wszyscy są tam super kulturalni. Cóż, pojedźcie na taką wyprawę a dowiecie się, że często tak nie jest. I nie uważam, żeby było w tym cokolwiek złego. Po prostu znajdujemy się w trudniejszych warunkach niż zwykle, z resztą nie jesteśmy tu po to, żeby szlifować savoire-vivre ;-)

Po drugie w ten sposób Iza zyskała kilka km/h.

Po trzecie w tym momencie rozpoczęła się ciekawa i owocna dyskusja, gdyż dalsza część wyprawy przebiegała już bez większych problemów. Fakt faktem, że od tego dnia Iza zaczęła bez problemów wpinać się na hol w czasie jazdy no i chyba zaakceptowała fakt, że droga do wspaniałych miejsc do których docieramy tu na rowerach wiedzie często przez litry potu i czasem przez łzy. Z drugiej strony chyba utwierdziła się w przekonaniu, że jesteśmy rowerowymi sado-masochistami czerpiącymi przyjemność z bólu mięśni i... tyłka ;-)

Ale póki co zapada wieczór, a my o zachodzie słońca wciąż jesteśmy w terenie zabudowanym (na mapie Michelin miał być to już teren niezabudowany). Namioty rozbijamy na opuszczonym poletku w oazie a Szadur jak zwykle gotuje pyszną potrawę na naszym Szmel-u, czyli kuchence benzynowej produkcji jeszcze radzieckiej.

Szkoda tylko, że sen znowu nie regeneruje: z uwagi na bliskość zabudowań zachowujemy czujność, dodatkowo jest tu masa skowyczących psów, muezini wzywający o 5 rano do modłów no i niestety choróbsko, które wciąż znacznie mi wszystko utrudnia.

Rano o 9 jesteśmy już po śniadaniu, na które składają się "mleczne starty" z muesli, spakowani i gotowi do drogi. Ten, kto był na wyprawach wie, że wyczyn to nie lada, a ten kto był na nich ze mną - tym bardziej. To, że szybciej będę się ogarniał rano było częścią szerokiego kompromisu, do którego doszliśmy po wspólnej dyskusji.

Po kilku kilometrach opuszczamy teren zabudowany. W okół jest już na prawdę pusto i tylko gdzieniegdzie zamajaczy palma, zagubiona gdzieś oaza a w oddali ośnieżony szczyt Atlasu Wysokiego. Chwile, w których przed kierownicą widzę uciekającą szybko do tyłu wstęgę asfaltu i rozległe acz płytkie kaniony widoczne na kilkadziesiąt kilometrów a oprócz tego nic, no może błękit nieba jeszcze, takie chwile są po prostu pełne szczęścia. Dlaczego? Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale tak jest.

W pewnym momencie ten błogostan zakłócają piaszczyste wydmy wdzierające się na drogę a za chwilę widzimy coś jeszcze ciekawszego - tajemnicze kanaty. Na początku nie mogłem uwierzyć, że na własne oczy mogę oglądać pradawne systemy nawadniające. Wygląda to z grubsza tak jakby kret-gigant przekopał w linii prostej pustynię, co jakieś 20 m zostawiając spore kretowisko (spore, czyli wielkości małej chaty!). Gdy wspinam się na wierzch wysokiej na kilka metrów górki, stwierdzam że faktycznie znajduje się tam głęboki na mniej więcej drugie tyle otwór po dnie którego płynie woda. Takich kanatów obserwujemy co najmniej kilka (kilka ciągów po kilkadziesiąt-kilkaset "kretowisk"), a w pobliżu jednego z nich nocujemy.

Miejsce na obozowisko wybieramy piękne: tam, gdzie oaza przechodzi w pustnię. Rozbijamy się w cieniu sporej palmy daktylowej, która przyda się również w nocy: księżyc na pustyni świeci niezwykle intensywnie. Zanim jednak się pojawi, z detalami możemy przypatrzeć się gwiazdozbiorom, planetom i sztucznym satelitom.

Tym razem na kolację żelazne racje: wzięliśmy ze sobą żywność liofilizowaną z Polski. Trzeba przyznać, że jest całkiem niezła - mam tu na myśli zarówno walory smakowe jak i ilość. No i banalna w przygotowaniu. Dobrze mieć ze sobą kilka takich porcji nawet w cywilizowanym kraju, jakim jest Maroko, gdyż czasami po prostu nie ma czasu na robienie zakupów, mycie menażek itp.

Nazajutrz "na lajcie" docieramy do Merzugi, wcześniej posiliwszy się pysznymi jogurtami z cukierni w Erfudzie (kupuje się je na szklanki z lodówki) oraz pyszną marokańską pizzą w Rissani (taki nadziewany placek, zdaje się że na Syberii mają coś podobnego pod nazwą "samsa").

Obozowisko rozbijamy między różowymi wydmami. Noc na Ergu jest przepiękna, a żeby było jeszcze lepiej wstajemy przed wschodem słońca i wdrapujemy się na najwyższe wydmy w okolicy - mają one tak na oko po ponad 100 metrów wysokości.

Nie wiem, co takiego w pustyni jest, ale dla mnie zawsze jest to miejsce, w którym wyciszam się zupełnie i ze zdziwieniem widzę rozwiązania problemów, które wcześniej nie wydawały się takie oczywiste. A tu wszystko jest takie proste...

Tu przyśpieszę narrację, tym bardziej że relacja pisana jest już dobry tydzień po opisywanych wydarzeniach. Tak więc bez problemów przebijamy się na północ pod Erraszidę przepiękną doliną Ziz. Nocleg wypada jakieś 40 km przed miastem. Ponieważ zaczyna padać deszcz, namiot rozbijamy w opuszczonym funduku, czyli takiej przydrożnej karczmie zbudowanej jak wszystko tutaj z cegieł mułowych.

Śpimy już sobie w najlepsze gdy nagle słychać jakieś odgłosy i widać zapalone światła. Męski, szorstki głos krzyczy coś po arabsku i francusku. Odkrzykuję: "who are you?" i dostaję odpowiedź "police".

Policja? Uchylam drzwi od namiotu i pierwsze co ukazuje się mym oczom to pałka dosyć niezdarnie wystrugana z kawałka drewna. "Aha, nie jest za dobrze" myślę sobie i stanowczo żądam okazania mi jakiegoś dokumentu, choć wobec tego, że jest ich co najmniej kilku chłopa uzbrojonych w pałki, równie dobrze mógłbym chyba poprosić o odtańczenie "Jeziora Łabędziego".

Na szczęście gdzieś w tyle migają mi epolety - ufff, przynajmniej dowódca ma mundur (o reszcie oddziału niestety nie można tego powiedzieć). Wyjaśniamy sprawę. Okazuje się, że nocny stróż z pobliskiego namiotu berberyjskiego wziął nas za nielegalnych imigrantów: "subsaharian people". Oczywiście przez Maroko wiedzie jeden z główych szlaków wędrówek i przerzutów nielegalnych imigrantów do Europy, obawy więc nie były do końca nieuzasadnione, choć wątpię, by owi imigranci poruszali się na rowerach i spali w namiotach turystycznych.

Tak czy owak wszystko dobrze się kończy i po nocnej herbatce u skąd inąd sympatycznego nocnego stróża udajemy się z powrotem na nocny odpoczynek. Ja śpię jak zabity ale Iza wyraźnie ma problem z zakceptowaniem tego, co się stało i zachowuje czujny sen w nocy.

Rano zahaczamy o mieścinkę Micem, gdzie u pary francuskich emerytów jemy pyszne śniadanko z niezwykłym widokiem na opuszczoną kasbę po drugiej stronie rzeki i docieramy do Erraszidy. Jest to miasto garnizonowe, postanawiamy więc tu nie zamulać i pakujemy się w autobus do Fezu. Idzie nam to już na prawdę sprawnie: w kilka minut wszystkie nasze 4 rowery złożone do transportu lądują w luku, a obok nich wszystkie sakwy i wory wyprawowe: łącznie kilkanaście sztuk bagażu!

Trasa autokaru wiedzie przez nieznany nam Atlas Średni. Jakież jest nasze zaskoczenie, gdy nagle wjeżdżamy w krainę podobną do Europy, gdzie spadziste dachy są kryte dachówką a na zielonych polach pasą się stada krów. No może w Europie nie ma tylko małp biegających po piniowych lasach... W każdym razie jest to przepiękna kraina a mijane przez nas Azrou wygląda już zupełnie jak typowy, alpejski kurort narciarski.

Zapada noc, a jak to w nocy bywa jazda wydaje się bardziej monotonna, a wszystko bardziej tajemnicze i większe - ciężko więc powiedzieć coś obiektywnego o dalszym przebiegu trasy. Najważniejsze, że w końcu docieramy do Fezu.

Jeszcze do końca nie opuściliśmy autobusu, a już mamy propozycję noclegu w medynie. Po chwili wahania postanawiamy to sprawdzić. No, faktycznie, gdy podążamy za naszym przewodnikiem przez wąziutkie uliczki medyny mijając grupy młodzieży ewidentnie zjaranej haszyszem nie czujemy się zbyt pewnie. W Fezie - pierwszy raz w życiu - stwierdziłem, że haszysz śmierdzi. On tu jest po prostu wszędzie, wszyscy mają czerwone jakby od pocierania oczy i mętny wzrok. I ten... smród, bo zapach haszyszu w takim stężeniu zwyczajnie jest smrodem.

No nic, docieramy do lokum, ustalamy cenę. Po opłaceniu lokum okazuje się, że jeszcze należy opłacić przewodnika, który nie był included, i który z resztą zapewniał nas fałszywie, że z uwagi na jutrzejsze Id Al-Adha nie będzie żadnych problemów z zakupem żywności w sklepach. Potem okazało się, że jego kolegę też należy opłacić. Na koniec przybiegł właściciel, który w międzyczasie podniósł cenę noclegu i dopiero gdy zobaczył, że ewidentnie nie mamy ochoty na tego typu zabawę i zaczynamy zbierać manatki - wymiękł.Taaak, jeżeli chcecie sprawdzić i podszlifować Wasze umiejętności negocjacyjne, jeździjcie na zakupy do krajów arabskich!

Na razie, a może i na dłużej - to tyle! Może jeszcze pojawi się wpis o Fezie? Trochę te wpisy są teraz niechronologicznie, no ale już trudno...

sobota, 27 października 2012

Zdjęcie: po Święcie Ofiarowania




Skóry baranów na ulicy Fezu dzień po Święcie Ofiarowania.
Posted by Picasa

Na wschód

Wybaczcie dłuższą przerwę - szczęśliwie do tej pory nie trafiliśmy na żadną otwartą sieć wifi, zamiast więc zamulać w kawiarence internetowej wolimy wykorzystywać dany nam tu czas jak najlepiej - podróżując.

Ostatnio zostawiliśmy Was w momencie wyruszania na Przeł. Tiszka (2260 m n.p.m.). Nic nie zapowiadało mającego nastąpić wkrótce ciągu wydarzeń... Plan był prosty: wysiadamy na przełęczy i pedałujemy w dół do Łarzazat, by jeszcze wieczorem spotkać się z Szadurem. Potem pojedziemy razem przez wąwóz Dades i po przekroczeniu przełęczy na 2900 m n.p.m. przebijemy się na drugą stronę Atlasu i zjeżdżamy do królewskich miast: Fezu i Meknesu. Może to, że piszę te słowa nleżąc na piaszczystym Ergu Chebbi da Wam co nieco rozeznania w tym, jak bardzo nasze plany się zmieniły...

Na Przełęczy Tiszka strasznie wiało i właściwie trzeba było do siebie krzyczeć, żeby co kolwiek usłyszeć. Oprócz tego, że przy okazji było zimno warto odnotować dwa zdarzenia: nasze rowery w ekspresowym tempie wylądowały z dachu autobusu na dole, a składaniu sprzętu do dalszej jazdy toważyszył Berber sprzedający tu pamiątki. Wobec tego, że zupełnie go olaliśmy (zajęci swoimi sprawami) dokonał on niezwykłej sztuki targowania się samemu z sobą.
- Hey, gibe me one hundret for this? No one hundret? Ok, how much do you give? 90? Ok, take it for 90? No 90? Ok, I'll make 80... I tak całą drogę ze 100 do 10 dirhamów dla całej gamy produktów.

To, co miało być zjazdem z przełęczy wobec silnego wiatru z przodu oraz relatywnie małych spadków (na górze jest dosyć płasko, dopiero niżej robi się stromiej) okazało się tak na prawdę dosyć ciężkim sprawdzianem, szczególnie dla Izy, która w tutejszym rozrzedzonym górskim powietrzu pokonuje swoje piersze kilometry.

Przejeżdżamy zaledwie 30 km w niezwykle malowniczej scenerii, by rozbić obóz na czymś co przypominało półkę skalną przy drodze, a właświe był to pusty taras na zboczu. Mamy jeden namiot dwuosobwy na trzy osoby. Starym moim zwyczajem postanawiam spać na zewnątrz. Nic, że na niebie są chmury, skoro przez nie prześwitują gwiazdy. Choć fakt, że czuję się z każdą chwilą zdecydowanie gorzej: dopadł mnie wirus, który Kuba przytargał z Polski, którym zaraził Szadura jeszcze przed Esałirą no a teraz przyszła kolej i na mnie.

Wszystko idzie dobrze gdzieś do 2:30 w nocy, choć przez produkowane w ekspresowym tempie gile nie oddycha mi się najłatwiej. Niestety o tej to godzinie postanawia spaść deszcz!! Rzecz niezwykle rzadka w Maroku, ale jednak - jak pech to pech. Ładuję się z karimatą do przedsionka przy okazji odkrywając, że z powodu wysokiej gorączki właściwe to tylko na tyle mam siły. W przedsionku namiotu jest niewiele miejsca, tylko tyle by ułożyć się w pozycji embrionalnej. Z trudem przekręcam się co chwila z boku na bok, gdyż wszystko mnnie boli i brak mi sił. Mam przy tym jakieś absurdalne sny o bankach, które muszą upaść. Wszystkie.

Powoli zaczynam moją ekspansję w głąb namiotu, tym bardziej, że kolejne połacie przedsionka są zalewane. Koło 5 rano ładuję do środka mój tyłek, koło 7 nogi, by koło 9 w przedsionku mieć już tylko głowę. Iza na widok tej głowy z resztą wydaje okrzyk przerażenia i sprawdza gorączkę. - Nie masz - mówi - no chyba że się wychłodziłeś. Niestety prawda jest taka, że się wychłodziłem i gdy ok. 11 rano deszcz wreszcie przechodzi przez najbliższe 2 godziny z trudem póbuję dojść do siebie. W tym czasie zostaję spakowany, dostaję jakieś tajemnicze tabletki i wsiadamy na rowery. O dziwo pedałować siłę mam, choć ze staniem na prostych nogach miałem małe problemy.

Trasa jeszcze piękniejsza niż wczoraj, zjazdy na prawdę szybkie. Powstaje na ten temat nawet rymowanka do rytmu "We will rock you" który wybijamy na bębnie w jednej z kawiarenek: "Mój rower to nie Romet/ ale też daje radę/ wyciskam na nim z góry/ pięć dyszek z okładem!".

Wreszcie docieramy do Łarza(zate), gdzie na placu właśnie odbywa się festyn ludowy. W użyciu są olbrzymie bębny z krowiej skóry które muszą być noszone przez aż dwóch mężczyzn. Widać sporą różnorodność poszczególnych plemion i to nie tylko w ubiorach i muzyce, ale także w fizjonomii. To wszystko niewiele jednak mnie interesuję, gdyż ogólnie mam po prostu ochotę umrzeć. Przed snem od naszych hostów (Szadur załatwił nam nocleg przez coachsurfing) wysyłamy jeszcze poprzednią relacę, troszkę z nimi gadamy i lulu. Nasi gospodarze to ciekawi ludzie, jeden z nich jest starszym już hippisem pochodzącym z Niemiec. Chcą założyć tu muzyczyną kawiarenkę - życzę im wszystkiego najlepszego, choć anarchistyczna filozofia nie pomoże im zapewne w prowadzeniu biznesu.

Rano dokonujemy niezbędnych napraw w moim rowerze (tak, to ten sam którym dojechałem do Kairu i który teraz ma naliczniku ponad 20 000 km) oraz instalujemy hol i ruszamy na wschód. Wiatr w plecy, teren falisty ale generalnie z górki - gdyby nie choróbsko byłoby całkiem fajnie. Sęk w tym że nawet w takim stanie pedałuję szybciej od Izy: koniecznie więc staje się używanie holu.

Jest to zmodyfikowane do celów wyprawowych urządzenie wzorowane na tym, które można znaleźć na stronach napieraj.pl. Problem w tym, że żeby coś dawało, trzeba się wpinać i wypinać w czasie jazdy, co wcale nie jest proste. Jedna z takich prób kończy się dla Izy bolesnym upadkiem. W ekipie narasta napięcie, ale jedziemy dalej.

Po 85 kilometrach i kilku udanych oraz kilku nieudanych wpinkach i wypinkach Iza mówi, że nie ma już siły . Ignorujemy ten fakt. Po 95 kilometrach może już tylko prowadzić rower, postanawiamy zatrzymać się na nocleg. Mimo, że już jest ciemno miejscówkę udaje nam się znaleźć szybko i zacną. Gdy Iza dogorywa w śpiworze na karimacie Szadur z Kubasem gotują pyszną potrawkę. Na szczęście nie trzeba zbyt długo przekonywać Izy, że należy ją zjeść.

Noc mija czujnie i niestety rano nie mogę powiedzieć, bym był świeżutki i zdrowy: niestety choróbsko atakuje dalej.

Iza wstaje za to w dużo lepszym humorze i przez następne kilkadziesiąt kilometrów bardzo dobrze nam się pedałuje. Rezygnujemy z planu przebijania się przez góry a w zamian wybieramy drogę na wschód, do piaszczystych wydm Ergu Shebbi. Można powiedzieć, że chyba los postanowił nam tą decyzję wynagrodzić, gdyż przebywana trasa nie dość że lekko z górki i z wiatrem, to jeszcze po świetnym asfalcie i z fantastycznymi widokami na ni-to-góry-ni-to-pustynię, gdzie czasem ni to wioski ni to oazy. Jestem głęboko o tym przekonany, że to po prostu jeden z lepszych odcinków na wyprawy rowerowe na Świecie.

Tu na razie kończę relację.

piątek, 26 października 2012

عيد الأضحى czyli Święto Ofiarowania

Na tej wyprawie pierwszy raz spotkałem się ze Świętem Ofiarowania i z Fezem.

Zacznijmy od święta, zwanego tutaj Id al-Adha. Polega ono na rytualnym zabiciu barana. Robi się to w każdej rodzinie. Z tej okazji już od kilku dni obserwowaliśmy barany noszone jak torbę (styl "na reklamówkę"), ciągnięte na smyczy (styl "na spacerek z pieskiem"), trzymane za tylne nogi (styl "na taczkę"), noszone na plecach (styl "na szalikowca"), wożone w wózkach, na dachach samochodów czy wreszcie w lukach autobusów. Nie wiemy tylko, jak sytuacja wyglądała w pociągach i samolotach ;-)

Tak więc wczoraj i dzisiaj barany parkowały na dachach domostw, na których prowadziły ze sobą konwersacje. Z rana po medynie przejechały się na koniach grupy śpiewających pieśni (zapewne świąteczne) gości na koniach no i zaczął się ubój. Tu i tam pojawiła się kropla czy stróżka krwi, ale to nic w porównaniu z tym, co miało nastąpić później. Gdy barany zostały już ubite młodzież ochoczo zabrała się za palenie ich głów. W tym celu na większości uliczek powyciągano stare łóżka lub zbudowano konstrukcje z wiader i metalowej siatki i rozpalono pod spodem ogień z jakichś starych mebli. W ten sposób powstały "grille" na które wrzucano łby baranów.

Nad miastem zaczął unosić się gryzący dym a gawiedź w większości z uśmiechem obserwowała palenie łbów, choć podobno jakieś dziewczynki płakały - ja tego nie widziałem. Co ciekawe jeżeli kilka metrów dalej była kawiarenka (a w Fezie kawiarenka jest co kilka metrów), to stali bywalcy jak gdyby nigdy nic siedzieli sobie i popijali kawkę patrząc, jak zwęglone łby baranów toczą się niemal pod ich stopami.

Ale baran to nie tylko łeb, składa się z całej masy innych części. W związku z tym całe miasto zamienia się w rzeźnię. Tu i tam powstają kopy baranich skór, które łączą się w coraz większe górki a potem ładowane są na dostawcze tuk-tuki i wózki. Na jelita są z kolei beczki - nawet do jednej z nich wyrzuciłem przez przypadek torebkę foliową, sądząc, że jest to kosz na śmieci. Szybko wyciągnąłem ją z powrotem, zanim jeszcze z twarzy właściciela beczki zniknął wyraz dogłębnego szoku.

Jeżeli chodzi o jelita, to chyba kwintesencją było to, co działo się na olbrzymim, "wypasionym" deptaku w tzw. Ville Nouvelle, a więc eleganckiej, nowej części miasta. Deptak ciągnie się aż do pałacu królewskiego. Gdy sobie odpoczywaliśmy gdzieś w połowie panowie od beczek z jelitami w pewnym momencie podeszli do fontanny, fakt że nieczynnej ale jakaś woda tam stała, i zaczęli w niej myć ręce z krwi. Nie ma to jak zlewik z widokiem na rząd palm i pałac Jaśnie Panującego.

I ta scena chyba dobrze podsumowuje dystans, jaki dzieli nas i Arabów/Muzułmanów. Dwie rzeczy: po pierwsze można wybudować miasto w stylu europejskim, a i tak w Święto Ofiarowania wśród walających się śmieci ludzie zamienią ją w jeden wielki zakład rzeźniczy. A po drugie, jak różne to jest od naszych świąt, choćby powiedzmy Świąt Bożego Narodzenia czy Wielkiej Nocy.

I tu i tu zbiera się cała rodzina. Tylko że u nas wszystko jest miłe, przyjemne, kulturalne, jasno określone i symboliczne. A tu młodzi chłystkowie biegają z nożami po ulicach w koszulkach uwalanych baranią krwią. A baranek bynajmniej nie jest z cukru.

Z resztą dzisiaj w Fezie spadły ulewne deszcze, przez co zrobiło się jeszcze brzydziej (mięcho wymieszało się z błotem) a dym jeszcze bardziej gryzący.

Jeżeli planujecie w trakcie tego święta udawać się do krajów muzułmańskich, to lepiej dobrze się zastanówcie... Choć zaznaczam, że powyższe to mój subiektywny opis "świątecznej" rzeczywistości. Natomiast mięso z barana jest bardzo smaczne, przynajmniej to przyrządzone przez rodzinę, u której mieszkamy.

O Fezie na razie tylko tyle, że po kilkunastu godzinach przebywania tutaj mogę zaliczyć to miasto do zdecydowanie najbardziej przereklamowanych miejsc, w jakich kiedykolwiek byłem. Ale może to kwestia święta a co za tym idzie tego, że niemal wszystko jest zamknięte (na dodatek pada deszcz) a wielobarwny, rozedrgany tłum gdzieś zniknął... A może nie? Ja w każdym razie trzymałbym się od tego miasta z daleka!

P.S. To jest relacja z dzisiaj. Relacja z ostatniego tygodnia przynajmniej w dużej części zostanie opublikowana jutro rano.

P.S.2 Może za chwilę uda wrzucić się kilka zdjęć... Sprawdźcie pasek z pokazem slajdów po lewej.

środa, 24 października 2012

piątek, 19 października 2012

Na wschód (Essałira - Marrakesz - Łarzazat)

Autobus. Koło Kubasa siada sympatyczny (a jakże!) Marokańczyk w czapeczce "z kogutem".
- Francaise? - pyta
Kubas: - No.
- Aaaa, english?
- Polonia. - tłumaczy Kubas
- Aaaa, Polonia. Ok. You go?
- We go to Tischka - tłumaczy nasz podróżnik
- Aaaa, Tischka, Zwei tausend zwei hundert und sechzig meter hoch.
- O! - ze zdziwieniem kontestujemy - sprechen Sie Deutsch? - dopytujemy, bo jest szansa dogadać się w znanym nam języku
Na to Marokańczyk uśmiecha się szeroko, robi efektowną pauzę i odpowiada
- Yes, my friend!

A wracając do naszej podróży: ostatnio jesteśmy "na wypasie". W Essałirze (pisownia fonetyczna, choć polskie przewodniki podają Esawira) na suku, czyli targu, Szadur nabywa bębenek, Kubas koszulkę a ja pół kilograma świeżo mielonej kawy (mieszanka arabiki i robusty). O ile o kawę targować nie trzeba się w ogóle (6 euro za kilogram ;-), o bębenek umiarkowanie (udaje się zejść do 60% ceny wyjściowej), to Kubas musiał się nieźle "napocić": dwa razy udawał, że odchodzi, by w końcu ze 120 dirhamów zejść do 60.

Targowanie generalnie jest w porządku, gdy podejść do tego na luzie i być w sytuacji, gdy jak nie kupisz to nic się nie stanie. Można wtedy się uśmiechać, można odchodzić i wracać albo i nie wracać no i najważniejsze to zdać sobie sprawę z tego ile tak na prawdę coś dla nas jest warte. Jeżeli dla sprzedającego będzie warte tyle samo, to obydwie strony będą zadowolone.

Zdecydowanie gorzej jest z biletami autobusowymi. Ponieważ zaplanowaliśmy sobie transfery z Essałiry do Marrakeszu i z Marrakeszu na Tiszkę, to trochę nie mamy wyboru...

Sam rytuał odjeżdżania autobusu z dworca jest tyle ciekawy co dla Europejczyka denerwujący: o godzinie odjazdu kierowca włącza silnik i może nawet ruszyć z dwa metry. Potem rusza tak jeszcze 15 minut, w czasie których pasażerowie to wysiadają, to wysiadają a przez przejście między fotelami przewija się cały korowód sprzedawców biżuterii, batoników, chusteczek, bucików dla dzieci, cudownych olejków i w ogóle wszystkiego, co na pewno do podróżowania autobusem nie jest niezbędne. Jest też druga grupa, którą stanowią żebracy, przy czym jedni łagodnie perswadują, inni machają jakimiś dokumentami (pewnie ze szpitala), jeszcze inni niemal rozdzierają szaty i szlochają.

No ale pora ruszać, wiec autobus wyjeżdża ze stanowiska i wpada w korek chaotycznie ślimaczących się po placu autobusów, które bez problemu potrafią się tak wzajemnie zablokować, że żaden nie może się ruszyć. W tym czasie, aż do wyjechania za bramę dworca (co trwa kolejne 15 minut) a nawet dalej trwa sprzedaż biletów i dosiadają się kolejni pasażerowie. Wreszcie po pół godzinie od deklarowanej godziny wyjazdu autobus opuszcza dworzec by... wpaść w miejskie korki.

Ale wracając do naszych "wczasów", to w Essałirze już z rowerami gotowymi do drogi podjeżdżamy pod budki z grillami. Po dość zabawnym targowaniu polegającym na przekładaniu różnych krabów, rybek i ośmiornic z tależa na stoisko i z powrotem (w zależności od stanu negocjacji) świeżutkie owoce morza lądują na grillu i mamy okazję za na prawdę małe pieniądze się nimi zajadać - pychota!

W Marrakeszu pędzimy na lotnisko, skąd mamy odebrać nowego członka naszej wyprawy: Izę. Po dwóch godzinach oczekiwania i sms-ie okazuje się, że coś źle zapamiętałem z maila i Iza przylatuje dopiero nazajutrz. Lądujemy więc w Medynie ("Stare Miasto" charakteryzujące się chaotycznym układem wąskich, bo szerokich jedynie na minięcie się dwóch osiołków, ulic) i rozpoczynamy poszukiwania kawiarenki, gdzie pokazywali by mecz Polska-Anglia. Niestety o tej porze gra również Maroko, nie ma więc najmniejszych szans... Jest ciepło, więc spacerujemy sobie po Dżama el-Efna, ponoć największym placu Afryki Północnej (a na pewno najciekawszym) czyli tętniącym życiem centrum Marrakeszu a o tym, że w tym samym czasie w Warszawie po zalanej murawie Stadionu Narodowego pływają kibice dowiadujemy się dopiero z internetu.

Wracając do placu, to nie jestem specjalistą, ale w Marrakeszu chyba właściwie nie ma nic szczególnie ciekawego do zwiedzania. Z resztą ja osobiście za zwiedzaniem nie przepadam. Za to jest mnóstwo uśmiechniętych, pogodnych ludzi z dumą robiących to, co potrafią najlepiej: czy jest to sprzedawanie przypraw na targu, czy wykonywanie przepięknych czajniczków na herbatę, parzenie kawy, wyciskanie soku z pomarańczy etc.

Choć niemal nie istnieje tu opieka socjalna (a może właśnie dlatego) a poziom życia jest wedle statystyk dużo niższy niż w Polsce (wskaźnik HDI) to jakimś cudem na ulicy widać więcej szczęśliwych ludzi. Może dlatego, że mają tak niewiele? Może dlatego, że nie zaciągają kredytów by zaimponować swoim sąsiadom czy kolegom z pracy samochodem czy najnowszym modelem lodówki? Może dlatego, że mają czas na życie rodzinne? A może dlatego, że wystarczy dosłownie garść dirhamów, by przeżyć w ciepłym mieście? A może to kwestia wiary? Nie wiem, ale warto ich obserować i od nich się uczyć!

Z resztą - pozwolę sobie tu na nutkę geocywilizacyjnej refleksji - gdy obserwuję rozwój i energię niektórych społeczeństw państw niegdyś "trzeciego świata", a dziś "rozwijających się" , nie mam wątpliwości że nasze czasy, czasy Europy, przemijają. Podczas gdy Europejczycy zdaje się że osiągnęli w sensie materialnym już wszystko, coraz wyraźniej widać strach, by tego nie stracić. A stracić trzeba, gdyż Europa się starzeje i - co może nawet ważniejsze - brak jest jasnego, wspólnego celu czy systemu wartości. Tymczasem ludzie "globalnego południa" nie rozpieszczeni przez życie, lecz zaradni są jak młody urwis przy starym europejskim zgredzie.

Pewną rolę odgrywa kwestia wolności i kto wie, czy specyficznie pojnowanej wolności nie ma tu więcej, niż u nas. Bo weźmy taki przykład: zajeżdżamy do miasteczka Sminou między Tamri a Essałirą. Idziemy do "restauracyjki", gdzie na rozgrzamym, żeliwnym blacie pieczone są pyszne placuszki (cena 1 dirham, a więc 0,4 PLN za sztukę). Oprócz tej żeliwnej płyty i palnika gazowego są tu jeszcze trzy ściany, dach, kilka krzeseł i kilka stolików - to wszystko! U nas ten lokal już dawno zamknąłby sanepid, a jeżeli nawet nie on, to kontrola skarbowa, która ujawniła by brak ewidencji sprzedaży, opłacania należnych podatków no i brak kasy fiskalnej. Inna sprawa, że nie było tam prądu ;-)

Innymi słowy pan który pichci przepyszne placuszki wylądowałby na marginesie społeczeństwa bez swojej budki, bez pracy, za to w psychicznie na pewno dołującym uzależnieniu od opieki socjalnej. Takich ludzi są - i tu i tam - miliony. No i kto ma więcej wolności, cywilizowana Europo?

Dobra, dość tych farmazonów. Szadur z rana rusza na Tiszkę, a jest to nie lada wyzwanie. Przełęcz oddalona o jakieś 105 km od Marrkaszu znajduje się jakieś 2000 m wyżej. Podjazd jest nie lada wyzwaniem, z którym z resztą miałem okazję zmierzyć się w zeszłym roku (szczegóły na www.AfrykaNowaka.pl). My (Kubas ze względu na jakieś choróbsko które ciągnie się za nim aż z Polski zostaje ze mną) odbieramy Izę, kosztujemy zarówno uroków miejskiego życia dawnej stolicy Królestwa (stąd z resztą nazwa Maroko - od Marrakeszu!) jak i "czegoś". Czym jest "coś" sami się domyślacie, podpowiem tylko że Maroko jest największym producentem na świecie i można odnieść wrażenie, że chyba każdy w Marrakeszu zna kogoś, kto ma to "coś" do zaoferowania ;-)

Wiemy już, że Michał dał czadu i w jeden dzień podjechał na przełęcz, my teraz gonimy go autobusem... I to by było na tyle - na razie!

Jeszcze na koniec krótki wywiad z Izą:
- Czy to Twój pierwszy raz w Maroku?
- Tak.
- Jakie są Twoje pierwsze wrażenia?
- Niesamowita mieszanka barw, zapachów i smaków.
- Ale pozytywna mieszanina, czy może nie? Nie masz wrażenia, że jest tego za dużo?
- Nie, jest w sam raz. Choć może się zakręcić w głowie.
- Co do tej pory najbardziej Ci się podobało?
- Sklep z przyprawami.
- A najmniej?
- Walka o tanie bilety.
- Czy tak sobie wyobrażałaś Maroko?
- Myślę, że podobnie. Być może myślałam że będzie bardziej monotonnie jeżeli chodzi o kolory. Że ziemia będzie bardziej wyblakła, spalona słońcem. A jest dużo kontrastu, czerwień przeplata się z zielenią.
- A ludzie?
- Jeszcze nie mam zdania, ale wydają się przyjaźnie nastawieni... przynajmniej do mężczyzn.
- A do kobiet?
- Mam wrażenie, że kobiet nie zauważają.
- To dobrze czy źle?
- Hmmmm. Z jednej strony dobrze, bo nie jestem nagabywana. Z drugiej strony czuję się lekceważona. Ale to pierwsze dni, zobaczymy co będzie dalej.
- Wyobrażasz sobie podróżowanie po Maroku bez męskiej "obstawy"?
- Na dzień dzisejszy nie.
- Chciałabyś tu zamieszkać?
- Nie.
- Dlaczego?
- Jeszcze nie wiem. Może wycofajmy to pytanie. Muszę się jeszcze nad tym zastanowić.
- A jak Ci się podobają tutejsze ubiory?
- Podobają mi się, są kolorowe.
- Jak oceniasz poziom higieny?
- Hahaha. Fatalnie. Chociaż myślę, że są gorsze miejsca. W hotelu było znośnie i do zaakceptowania.
- A tam, gdzie jedliśmy zupę?
- Troszkę musiałam się przełamać.
- Smakowała?
- Była pyszna.

czwartek, 18 października 2012

wtorek, 16 października 2012

Na północ

Agadir opuszczamy bez żalu jako sympatyczną lecz zbyt turystyczną miejscowość. Nasza droga przypadkowo wiedzie przez dzielnicę willową, która prezentuje się nie gorzej niż na Lazurowym Wybrzeżu. Miasto niespodziewanie kończy się jak nożem uciął i wjeżdżamy w nadmorską odnogę gór Atlas. Pierwsze podjazdy i pierwsze litry potu. Kuba zatrzymuje się, bo boi się że nawali mu pikawa. Otaczają nas przepiękne widoki, pniemy się do góry "Rajską Doliną" którą kiedyś tłumnie odwiedzali hippisi. Tuż przed zachodem słońca dostrzegamy łagodne wzgórze wchodzące klinem w dolinę i tam rozbijamy nasz obóz. Otacza nas olbrzymia przestrzeń skał a wkrótce zostaje ona nakryta całunem gwiazd. Oprócz Szmel-a - naszej kuchenki benzynowej produkcji radzieckiej na której gotujemy pyszną "potrawę" - rozpalamy również ognisko i co tu dużo mówić: czujemy się jak prawdziwi faceci. Słownictwo i tematykę rozmów też dostosowujemy do okoliczności, ale tego może publikować nie będziemy...

Tutaj powinien znaleźć się jeszcze jeden akapit o tym, skąd ta cała podróż i dlaczego właściwie znaleźliśmy się z rowerami w Maroku. Słowem-kluczem jest tu obietnica. Obietnica powrotu, którą złożyłem sobie rok temu oraz obietnica wspólnego wypadu z "Soładatami Hardkora", z którymi wspólnie dotarłem na rowerze do Kiszyniowa, by później dojechać do Kairu.

W międzyczasie sporo się działo - rok to wszak szmat czasu - ale obietnica przetrwała. Na lotniskach w Berlinie i pod Agadirem miałem już sporo wątpliwości - po co burzyć jako tako poukładane życie, po co przemierzać tysiące kilometrów i "tracić" trzy tygodnie, w czasie których nie będę spotykał się ze znajomymi a pieniądze zamiast zarabić będę wydawał?

Wjazd do Agadiru rozwiał moje wątpliwości. Wraz z odnajdywaniem rok temu przemierzanej drogi zacząłem odnajdywać ten stan ducha, w jaki wprawia chaotyczny ruch arabskiego miasta. Tutaj jednocześnie wszystko jest i zaskakujące, i zupełnie normalne - i mówię nie tylko o tym, co się dzieje na drodze.

Marokańczycy przesiadują przy ulicy, targują się w niezliczonych sklepikach, śpią, chodzą, piją herbatę, uśmiechają się i przeklinają, jeżdżą na rowerach, motorowerach, motocyklach i niemożebnie zatłoczonych autobusach. Taksówki - stare niemieckie "Beczki" - zatrzymują się gdzie chcą i właściwie każdy robi co chce, zbytnio nie krępując się całym spektrum nakazów, zakazów i powinności które mamy w Europie aczkolwiek wszystko dzieje się tu w ramach pewnych odwiecznych tradycji i nieoficjalnego, lecz łatwo dostrzegalnego prawa Koranu.

Tutaj można odetchnąć, zatrzymać się w naszym europejskim pędzie i pomyśleć wreszcie o rzeczach ważnych lub wręcz przeciwnie - błahych, grunt że odnajdując właściwe proporcje rzeczy.

Oczywiście nam jako turystom wolno więcej i z tego prawa skwapliwie korzystamy. I to była właśnie ta obietnica, o której genezie już zapomniałem, ale która na szczęście przetrwała i teraz jesteśmy właśnie tu i właśnie teraz.

Wracając do gór Atlas i naszego obozowiska, to obiecujemy sobie wstać rano. Jednak o 6 polskiego czasu ze zdziwieniem spostrzegamy, że gwiazdy są jeszcze na niebie i nic nie zapowiada rychłego wschodu słońca. Dwie godziny później, gdy zaczynają do nas docierać pierwsze promienie słońca uśmiechnięci i spakowani ruszamy w dalszą drogę.

To jest dzień w którym obok podjazdów zaczynają pojawiać się i zjazdy. Widoki zapierają dech w piersiach i ciężko właściwie je opisać. Bo jak można oddać przepastne doliny, nad którymi w najbardziej zaskakujących miejscach dostrzegamy tarasy z palmami daktylowymi i wieżyczkami meczetów?

Nierzadko na zjazdach przekraczamy 50 km/h, mimo tego na mapie przemieszczamy się bardzo powoli - góry to wszak obszar kompresji przestrzeni, gdzie robiąc 50 km można przesunąć się zaledwie 10 km w linii prostej. Dlatego, oraz z powodu kończących się zapasów żywności, wybieramy zjazd do położonego nad oceanem Tamri - później trzeba będzie zrobić więcej kilometrów nadmorską drogą, ale trudno.

Tymczasem od strony Atlantyku zaczyna solidnie wiać i mówię to z pewną odpowiedzialnością jako żeglarz. Wieje co najmniej 15 węzłów, a więc 6 w skali Beauforta i musimy pedałować nawet, jeżeli jedziemy w dół. Jest to bardzo męczące. Dodatkowo pył niesiony przez wiatr wciska się wszędzie. Osiągamy jednak otoczone polami bananowca Tamri, gdzie uzupełniamy zapasy. Wyjazd z miasta w kierunku północnym przy północno-wschodnim wietrze jest niemal niemożliwy. Po 5 km dostrzegamy wydmy (są tam nawet barchany!) i tam rozbijamy obóz. Wieje tak mocno, że opatuleni w swetry i polary nie możemy rozpalić kuchenki. Wpatrując w gromadzące się w ekspresowym tempie chmury idziemy spać...

Jak to bywa w takich sytuacjach ranek absolutnie kontrastuje z wieczorem: przygrzewa słoneczko, wiatr ucichł. Herbata, jajecznica, mleczny start z musli - to wszystko sprawnie przyrządzamy na naszej kuchence rocznik 90. którą chrzcimy imieniem "Marusia" i ruszamy na północ. Podjazd, który wczoraj niemal zwalił nas z nóg dziś jest niewinnym spacerkiem. Cel - dotrzeć do położonej 113 km na północ Essałiry udaje nam się zrealizować i to mimo tego, że koło południa powraca wiatr i znowu nawet na zjazdach trzeba pedałować żeby się nie zatrzymać. Trzeba przyznać że Szadur, jak to ujął Kuba, jest "Harpaganem na wiatr" i dzielnie toruje nam drogę przez większość czasu.

O Essałirze (Essaouria) może będę miał okazję jeszcze napisać. Na razie może tylko tyle, że siedząc przy porannej kawie i sporządzając tą relację mogę obserwować niezwykle uroczą mieszaninę klimatu arabskiego i śródziemnomorskiego (i nie mowa tu tylko o temperaturze!) oraz to, że turystyka już się bardzo mocno - może za mocno - tu rozwinęła.

sobota, 13 października 2012

Sołdaty hardkora w Maroku

30, Agadir

Po niecałym roku znowu jestem w Maroku. Tym razem z Kubasem i Szadurem, a więc 3/4 składu legendarnej grupy żołnierzy hardkoru. Wyruszamy na NE, pogoda jest cudowna, woda w Atlantyku też. Wszyscy uśmiechnięci i wyluzowani, zapowiada się wspaniała przygoda.

Sołdaty hardkora w Maroku

 

niedziela, 20 listopada 2011

- Puk Puk.

- Kto tam?
- Nowy post!

Tak, blog znowu odżywa. Szykuje się nowa wyprawa. Na czym? Oczywiście na rowerze. Na tym samym, na którym dojechałem do Kairu - czy wiecie, że ma już przejechane 11 000 km, a jedyne co w nim zmieniam to opony, które się zwyczajnie ścierają?

Od czasu mojej wyprawy już prawie nigdzie nie ma Horizonów, więce pewnie wielkiej reklamy im nie zrobię, ale taka jest prawda - rower wyprodukowany w Polsce, sprzedawany za sensowne pieniądze w supermarketach, okazał się na prawdę zacnym wehikułem.

OK, już mówię o jaką wyprawę chodzi. Jadę do Maroka... Jedziemy! Bo tym razem jadę nie sam, lecz z dwoma dziewczynami, znaczy przyjaciółkami ;-)

A jedziemy dlatego, że skończyła nam się cierpliwość na czekanie na wizy do Algierii w ramach Sztafety Afryka Nowaka. Tam, gdzie chcieliśmy jechać, czyli do południowej Algierii, najprawdopodobniej nas nie wpuszczą, gdyż jest zbyt niebezpiecznie. Mam nadzieję, że uczestnicy ostatniego etapu, który będzie przemierzał północną Algierię, wizy dostaną bez problemu i że nawet uda im się co nieco przejechać z naszej, południowej trasy.

Nasz wyjazd zostaje jednak związany z Afryką Nowaka - będzie to pierwszy wyjazd firmowany przez Stowarzyszenie organizujące Sztafetę, pierwszy sprawdzian tego, czego nauczyliśmy się jadąć śladami Kazimierza Nowaka przez Afrykę. Myślę, że będzie on interesujący dla wielu fanów "Afryki Nowaka", którzy już od dłuższego czasu nie dostawali z Afryki żadnych informacji, gdyż Sztafeta od jakiegoś czasu, z powodów od niej niezależnych, "milczy".

Na "rowerku-promyka" jak zwykle będę pisał bardziej osobiście i off-record, natomiast oficjalne relacje będziemy przekazywać przez www.AfrykaNowaka.pl, przez Radio Szczecin (w każdy wtorek o 10 rano) i Radio Wnet (w wybrane piątki o 19:00).

Wyruszamy z Warszawy do Berlina już w ten poniedziałek, we wtorek mamy lot z Berlina do Agadiru, czym prędzej biorę się więc za ogarnianie przygotowań do tej wyprawy.

Tymczasem!