czwartek, 28 listopada 2013

O rowerze który jeździł koleją

Zanim przejdę do opowiedzenia historii podróży pociągami ze Skopje do Warszawy, wróćmy jeszcze na chwilę do Martina, Francuza-sakwiarza którego poznałem w stolicy Macedonii.

Martin miał fajną kolarzówkę i bardzo mało sprzętu: dwie boczne sakwy z tyłu i mały plecak ułożony między nimi na bagażniku. Tak jak pisałem, podróżował bez namiotu. A więc długodystansowiec-minimalista.

Z jednej strony mi to imponuje, a z drugiej myślę, że warto uczyć się na doświadczeniu Martina.

Przede wszystkim wyruszył on w drogę zbyt późno, musiał jechać zatem bardzo szybko, by uciekać przed kiepską pogodą.

A ta i tak wszędzie oferowała już jesienne chłody - bez namiotu oznaczało to naprawdę chłodne noce i/lub wyższe wydatki. Namiot, ten kawałek cienkiego materiału rozpiętego na dwóch kijkach, ma dwie wielkie zalety: Po pierwsze temperatura odczuwalna w namiocie jest zawsze wyższa niż na zewnątrz, ze względu na brak wiatru i zdolność do utrzymania cieplejszego, wydychanego powietrza w jednym miejscu. Po drugie można go postawić niemal wszędzie i wielokrotnie zmniejszyć możliwość tego, że w nocy wydarzy się coś niedobrego - a co za tym idzie można spać głębiej i odpoczywać lepiej. Człowiek śpiący w śpiworze na ulicy jest łatwym celem, a na dodatek cały jego dobytek znajduje się na zewnątrz niczym w witrynie sklepu. Natomiast namiot to jest wielka zagadka i zdecydowanie mniej ludzi i zwierząt zdecyduje się na jakieś ofensywne kroki wobec niego.

Szybka podróż to również podróż "po łebkach", sportowa. Dla każdego coś dobrego - ja osobiście sport wolę uprawiać w Polsce, gdzie mam dostęp do lepszego sprzętu i innych zawodników - ściganie się z nimi daje mi większą motywację do osiągania lepszych wyników.

Ponieważ ciągle sam robię błąd zakładania zbyt dużych dystansów dziennych, oto moja propozycja ich podziału:
- do 40 km dziennie - podróż rekreacyjna bądź tematyczna (np. fotograficzna);
- 60-80 km dziennie - podróż krajoznawcza, jest to tempo sprzyjające bardzo długim wyprawom gdyż ciągle pozwala na regenerację jednocześnie przemieszczając nas w sensownym tempie do przodu, jest też czas na zwiedzanie lub przebywanie z kimś (pomieszkiwanie u kogoś itp.);
- powyżej 80 km dziennie - podróż sportowa, pozwalająca szybko pokonywać olbrzymie dystanse. Przykładowo przy średniej 100 km można przejechać z Polski do dowolnej granicy Europy w jakieś 3 tygodnie. Coś za coś: nie ma za bardzo czasu na zwiedzanie czy kontakty z "lokalesami", należy też raczej omijać góry wybierając bardziej zatłoczone i szybsze drogi dolinami lub naokoło.

Teraz Martin jedzie z moim starym, wysłużonym namiotem, co oznacza że z pewnością jest mądry (gdyż potrafił zrewidować swoje minimalistyczne założenia), jest mu cieplej a mój namiot będzie miał jeszcze większe doświadczenie podróżnicze niż ja ;-)

No dobrze, to teraz temat główny, czyli "o rowerze który jeździł koleją".

Na podróż koleją zdecydowałem się, gdyż nie lubię autobusów a samolot byłby za drogi. Miałem też czas i chęć odwiedzić jeszcze kilka miejsc po drodze.

Historia zaczyna się od nowoczesnego dworca kolejowego w Skopje. Podobnie jak nasze dworce jeszcze kilka lat temu "nowoczesny" w jego przypadku oznacza wybudowany w ciągu ostatnich 30-40 lat (ten w stolicy Macedonii po trzęsieniu ziemi w latach 60. konkretnie), lecz niekoniecznie "czysty" czy "przystosowany".

Gdy kupowałem bilet w kasie dostałem o dziwo zniżkę na kartę euro26 - podobnie jest w Serbii, więc warto zaszpanować tą kartą przed panią w kasie. Niska cena biletu do granicy (ok. 5 zł) rekompensowała w pewien sposób fakt że aby go nabyć musiałem balansować przy kasie tak, by nie wdepnąć w strugę moczu ciągnącą się od pobliskiej ściany.

Jeszcze tylko wtaszczyć rower schodami na wysokość drugiego piętra (ale do tego już nasze polskie koleje mnie wytrenowały) a następnie wrzucić do pociągu (w czym pomaga mi sympatyczny student) i ruszamy.

Wieczorny pociąg jest pusty, konduktor więc nie robi mi problemów z tego powodu, że rower stoi między siedzeniami.

Plan zakładał przejechanie granicy na rowerze i złapanie pociągu międzynarodowego już w Serbii. Pewnym problemem miał być fakt, że nie byłem w stanie nabyć serbskiej waluty w Macedonii.

Zanim jednak docieram do granicy siadam w wiejskim sklepiku by dokończyć wypisywanie pocztówek. Zawsze zaskakuje mnie jak pracochłonne jest to zadanie - 1,5 h mija jak z bicza strzelił i już wiem, że nie zdążę na zakładany pociąg. Mimo to jadę na granicę.

To znaczy mam taki zamiar, ale nie mogę znaleźć wjazdu na autostradę. W końcu po partyzancku przekładam rower przez barierkę na mostku - nie próbujcie tego powtarzać z motocyklem lub samochodem!

Pogranicznicy pojawienie się w środku nocy rowerzysty na autostradzie kwitują uniesieniem brwi, nie robią jednak żadnych problemów. Po serbskiej stronie są czynne 24h kantory, jednak w Preszewie ma być bankomat. W razie czego to kursy w nich nie odbiegają jakoś bardzo od standardowych, można więc zatem śmiało korzystać.

Jako że nie mam namiotu, a kolejny pociąg jest o 10 rano, zaczynam się rozglądać za jakimś miejscem do spania. Nic jednak nie wpada mi w oko, a nawet jeżeli, to mój entuzjazm skutecznie gaszą psy, które pojawiają się jak spod ziemi.

I tak docieram do stacji. "No, to może w poczekalni uda się przekimać" myślę. Stacja znajduje się w zaułku, w który jest także Dom Młodzieży (lub coś w tym stylu). Obok stacji jest posterunek serbskiej policji - natychmiast sprawdzają moje dokumenty i dają do zrozumienia, że nici z kimania tutaj. Mało tego, znowu jak spod ziemi wyrastają uzbrojeni żołnierze, a ich dowódca mówi że to "military zone" i rozkazuje jechać do samego Preszewa (stacja oddalona jest o jakieś 5 km i wokół niej powstała mała miejscowość o jakże oryginalnej nazwie... "Stacja").

No to jadę. Jest ciemno, nieliczni faceci (żadnej babki!) w czarnych skórach przyglądają mi się bardzo podejrzliwe. Widać niecodziennie kręcą tu się sakwiarze.

Odhaczam jeden punkt - bankomat i zawracam w kierunku Stacji. Po drodze widziałem jakiś prawie wykończony budynek. Mógłby to być niezły schron, ale trzeba się będzie bardzo wcześnie zwinąć - budowlańcy nierzadko pracują od 6 rano.

Już miałem się pakować do środka, gdy podjeżdża do mnie znienacka radiowóz.
- Co tu robisz i kim jesteś? - pyta jedyny władający angielskim funkcjonariusz.
- Jestem sakwiarzem a ten pustostan to świetne miejsce na nocleg, więc się nie przejmujcie tylko jedźcie dalej - chciałbym im odpowiedzieć. Ale wiem, że byłyby tylko z tego kłopoty. Nie dość, że blisko jest granica serbsko-macedońska, to granica z Kosowem jest niewiele dalej. Zorientowałem się już że napisy w Preszewie są po albańsku, zatem zamieszkują je Albańczycy. Widać, że sytuacja jest napięta, bo jest to strategiczny punkt przez który przechodzi autostrada i linia kolejowa łącząca dwie słowiańskie, prawosławne stolice: Belgrad i Skopje. Wziąwszy pod uwagę powyższe klnę w duchu i odpowiadam:
- Spóźniłem się na pociąg i następny mam jutro rano. Nie wiecie, gdzie mógłbym się tutaj przenocować?
- Follow me - dostaję polecenie a jako że latarnie już zgasły to w ciemności jadę za policyjnym radiowozem.

W końcu docieramy do czegoś w stylu hoteliku. Właściciel z podejrzanym pośpiechem przynagla mnie do wstawienia roweru do piwnicy. Taki pośpiech już widziałem u Arabów i zawsze oznaczał on to samo - że cena za nocleg nie została solidnie ustalona i można się spodziewać stawki jak za Hilton.
Zwracam się do policjanta, by zapytał hotelikarza ile ma kosztować nocleg u niego. Co prawda ten ostatni posługiwał się łamanym niemieckim (który znam) ale to była zagrywka psychologiczna: hotelikarz będzie bardziej realistyczny rozmawiając z funkcjonariuszem policji niż ze mną.
- 20 euro.
- Hmmm, dla mnie to za dużo. Czy na pewno nie ma tu innego hotelu?
- Ok, 10 euro - dostaję przetłumaczoną odpowiedź hotelikarza.
- OK.
Grunt to zachować asertywność nawet gdy w ręku ma się same blotki ;-)

Następnego dnia wojskowi, którzy jak się okazuje stacjonują w Domu Młodzieży, pozdrawiają mnie serdecznie, policjanci wbijają mi jeszcze jedną pieczątkę do paszportu a rower ląduje na końcu czegoś w stylu naszego pośpiecha a może bardziej osobowego do stolicy Serbii.

Cena co prawda nijak się nie zgadza z tym co miało być, ale i tak nie narzekam: 1500 dinarów + 100 dinarów za bilet rowerowy daje w sumie jakieś 60 zł. Bilet międzynarodowy kosztowałby 120 zł i zapewne nie mógłbym zabrać do niego roweru.

Podróż trwa cały dzień, wieczorem w Belgradzie mam zatem tylko 3 godziny przed przesiadką do nocnego do Budapesztu. Oficjalnie nie ma w nim możliwości przewozu rowerów, ale postanawiam sobie że i tak nim pojadę.

Zwiedzam szybko miasto (ładne, duże, nowoczesne, kierowcy za to z gatunku tych co to im się strasznie spieszy, dużo trąbią) i wracam na dworzec (nieciekawe miejsce, z pewnością nie próbujcie tu nocować!) by dogadać się z konduktorami.

Miła niespodzianka: konduktor mówi po polsku (jest Serbem). Mniej miła: wysyła mnie do swojego kolegi z kuszetki, który może ukryć mój rower w tym wagonie... jeżeli zapłacę mu jedyne 20 euro. Oprócz tego mam oczywiście kupić normalny bilet (15 euro).

W duchu pukam się w głowę i znając strategię Norberta wybieram się na pobliskie targowisko, które choć nieczynne jest otwarte. Po co?

Otóż Norbert podróżował nieraz polskimbusem z rowerem. Problematyczne zawsze było okręcanie roweru strechem lub folią bąbelkową. Żeby za każdym razem nie inwestować w te dobra Norbert wymyślił, by chodzić do marketu niedaleko przystanku i prosić tam o nie - towar na paletach z reguły przychodzi zabezpieczony jednym lub drugim, zwykle więc nie było problemu z ich pozyskaniem.

Strategia ta sprawdziła się i tym razem: już pierwszy większy kontener na śmieci zawierał tyle folii bąbelkowej, że starczyłoby na dwa rowery.

Rozmontowuję więc sprzęt i postanawiam zastosować strategię "na bagaż" - a mianowicie że rozkręcony i obkręcony folią rower jest w istocie zwykłym bagażem, ew. są to części rowerowe. Przepisy dotyczące rowerów są tak absurdalne, że nie czuję wyrzutów sumienia z korzystania z tego triku.

Z moim polsko-serbskim konduktorem w końcu kończy się na łapówce. Chciał 100 dinarów (3 zł), niestety dinarów nie miałem. 10 PLN załatwia sprawę. Od początku zastanawiałem się, po co je wiozę w portfelu w tą podróż - teraz już wiem ;-)

Sama podróż do granicy mija bezproblemowo i bardzo przyjemnie, a to za sprawą towarzystwa Nataliji - pół-Serbki pół-Polki która szczęśliwym zbiegiem okoliczności zajmuje ten sam przedział.

Niestety Natalija wysiada przed granicą, na granicy zaś pojawia się węgierski konduktor. Ogląda mój bilet a jego twarz tężeje - już widzę że nie będzie łatwo.

- A to? - wskazuje na mój pakunek.
- Bagaż.
- Za przewóz roweru zapłaci pan 10 euro. I 30 euro kary.
- To jest bagaż a nie rower. Rower może pan zobaczyć sobie na ulicy - ma dwa koła i kierownicę. A ten nie ma!
- W takim razie mogę panu naliczyć 80 euro kary za nadwymiarowy bagaż.
- A jak zapłacę te 40 euro to będę mógł przewieźć dalej ten mój "rower"?
- Naturalnie!

Taaaaak. Postanowiłem nie zapłacić kary. Była druga w nocy. Podobno o 4:30 miał być pociąg dla rowerów - wystarczy, że dokupię bilet rowerowy.

Tak więc pociąg odjeżdża beze mnie, a ja składam rower i jadę do jedynego w Kelebi, bo tak nazywa się to węgierskie miasteczko, bankomatu - w końcu za coś muszę ten bilet rowerowy kupić. Niestety bankomat jest zepsuty... No ładnie!

Temperatura spada do 2-3 stopni, jest wilgotno a poczekalnia jest zamknięta. Nie takie rzeczy się jednak robiło - wyciągam moją puchówkę i śmieję się w duchu z tych przeciwności. No ale gdybym jej nie miał...

Postanawiam poprosić obsługę stacji o podładowanie mi komórki. W końcu dookoła stoi mnóstwo rowerów, muszą dobrzy ludzie być zatem. Tymczasem zostaję potraktowany niemal jak trędowaty i z wielką pogardą odprawiony ze stacji. Hmmmm...

Obok jest jakiś posterunek - ciężko się zorientować, bo ma węgierską nazwę. W każdym razie to pogranicznicy powiedzieli mi gdzie jest bankomat, może to ich posterunek i tym razem też mi pomogą?

Gdy wjeżdżam na parking od razu jakiś gość stojący z papierosem na schodach zaczyna do mnie krzyczeć:
- Kim jesteś, co robisz?
- Spokojnie, nie krzycz tak, zaraz ci powiem.
- Stój, zatrzymaj się! To nie ścieżka rowerowa, to posterunek policji!
- Dobrze, już stoję. Mam takie pytanie...
- To nie hotel ani informacja turystyczna, co ty sobie myślisz!?
- Spokojnie, prosiłem już żebyś tak nie krzyczał.
- Ja nie krzyczę!!!
- Oddychaj spokojnie. Zobacz, mam tu ładowarkę i telefon. Czy moglibyście mi go podładować?
W tym momencie gościa zatkało. Po chwili otrząsnął się jednak:
- Mówiłem że to nie hotel!!! Zwariowałeś?! Natychmiast zmiataj stąd! To posterunek policji!
- No i...? Przecież nie robię nic złego?
- Natychmiast opuść ten teren!!!
- A to ciekawe. Od kiedy Węgry są krajem policyjnym?
- Zmiataj stąd ale już!!!
- Oddychaj.
- Co?!
- Oddychaj spokojnie. Wyluzuj.
- Wyluzuj?! Jak to wyluzuj?! Natychmiast opuścić teren!!!
- Bardzo mi przykro że tak cię stresują twoje problemy...
- Moje problemy?! Ja nie mam żadnych problemów!!! To ty masz problemy!!!
- A tak, mam. I jesteś nim... ty. - po czym tak jak mnie ładnie prosił opuściłem teren posterunku.

Hmmmm...

O 4 rano pojawił się pociąg na który czekałem. Niestety wbrew temu co stało w rozkładzie oraz temu, co powiedział konduktor który mnie wyrzucił z poprzedniego pociągu... nie było w nim wagonu rowerowego.

Zanim wpakuję się do środka z rowerem postanowiłem jednak zagadać z konduktorem tego pociągu. Przyznał, że powinien być skład rowerowy i dopuścił, bym postawił mój rower na końcu. No, ludzki gość! Wysłał mnie jeszcze tylko do kasy po bilet rowerowy.

Kasa zaczęła działać i jako pierwszy klient uśmiechając się do pani siedzącej tuż obok naklejki "We accept Euro" zapytałem, czy może można płacić kartą?
- Nie.
- A euro?
- Też nie.

Hmmmm...

Na szczęście ten konduktor był naprawdę ok i wymienił mi euro na forinty, zatem bez większych przeszkód dotarłem do Budapesztu.

Tu, w kasach międzynarodowych kupiłem bilet na 7:35 następnego dnia w promocyjnej cenie 39 euro (29 euro + rower) i zadowolony spotkałem się z LaiLai - Chinką z Hong-Kongu, którą poznałem miesiąc wcześniej we Florencji. To niesamowite, że na drugim końcu świata istnieją bratnie, podróżnicze dusze!

Następnie dałem się okrutnie zlać deszczowi, w decathlonie nabyłem nowszą wersję mojego starego namiotu za 30 euro (podnosząc tym samym koszt wszystkich noclegów na dwó-i-półmiesięcznej wyprawie do 76,5 euro) i przenocowałem sobie wygodnie na wyspie w centrum miasta.

Na dworcu chciałem być wcześniej, no ale z realizacją tego założenia poszło tak sobie. Dobrze, że zrezygnowałem z zakupów... W ten sposób znalazłem się na dworcu o 7:20. No, 15 minut zapasu powinno wystarczyć...

No to popatrzmy sobie, z którego peronu odjeżdża pociąg 7:35 do Warszawy. Hmmm, nie ma takiego pociągu... Jest za to... O w mordę, 7:25 do Warszawy! Wczoraj musiałem źle przeczytać rozkład!

Rozgarniając tłumy zmierzających do pracy Węgrów tnę na rowerze na mój peron mając nadzieję, że Węgrzy nie mają odpowiednika naszej SOK.

Świetnie, jest pociąg. Co my tu mamy? Wagon pierwszej klasy - nie. Wagon restauracyjny - nie. Wagon drugiej klasy zwykły - nie. Wagon drugiej klasy zwykły - nie. Lokomotywa - nie... A gdzie jest wagon rowerowy na który mam bilet? Nie wiem tego ja, nie wie tego konduktor, a wkrótce w obsłudze klienta też cały zespół będzie przez godzinę starał się znaleźć odpowiedź na to pytanie. W każdym razie pociąg odjeżdża beze mnie.

Hmmm...

- Taki wagon jeździ tylko latem. - brzmi werdykt - Możemy wysłać pana pociągiem rowerowym do Bracławia, jednak stamtąd nie ma żadnego rowerowego do Polski.
- A gdybym tak owinął mój rower folią bąbelkową? - podsuwam nieśmiało, a w pamięci staje mi stężała twarz węgierskiego konduktora.
- A to jest pomysł. Wtedy przesiądzie się pan w Bracławiu do Warszawy.
Po czym cały zespół wziął się za wypisywanie na moim bilecie jakichś różnych rzeczy, przybijania doń pieczęci itp.
- A czy to nie będzie problem, że będę miał rower zapakowany? - podsuwam im znaną mi już ewentualność.
- Proszę się nie martwić, porozmawiamy z konduktorem.

I rzeczywiście. Konduktor sprawdza bilety, zauważa rower i już jego twarz zaczyna tężeć, gdy nagle rozpogadza się w błogim uśmiechu.
- Czy rozmawiały z panem panie z obsługi klienta?
- Tak.
:-)

Niestety z konduktorką w Bracławiu już nie rozmawiały, bo i nie miały jak. Gdy zgłaszam się z zapakowanym rowerem twarz pani konduktorki tężeje i już mówi mi że przejazd niemożliwy, już szuka alternatywnego, nieistniejącego połączenia. W tym momencie chwytam się ostatniej deski ratunku i pokazuję mój bilet z pieczęciami, podpisami, adnotacjami itp.
- No dobrze, niech pan go postawi na samym początku składu - mówi z rezygnacją czeska konduktorka.

Gdy bilet ten zobaczył polski konduktor stwierdził, że to są jakieś jaja... ale pozwolił mi już jechać dalej.

I tak oto wylądowałem na dobrze mi znanym dworcu Warszawa Wschodnia. Jeszcze tylko 2 piętra po schodach w dół ;-), 15 minut pedałowania i jestem w domu.

Kilka tysięcy kilometrów, dwa i pół miesiąca czasu niezwykłych spotkań, zdarzeń i miejsc i... no nie da się tego ująć inaczej, jak... KONIEC!

P.S. Dla szukających tutaj konkretnych porad dodam, że opisana podróż pociągami ze Skopje do Warszawy kosztowała łącznie ok. 400 zł razem z noclegiem w Preszewie: jest to kwota porównywalna do ceny biletu autobusowego.

niedziela, 24 listopada 2013

Głupie odkrycie

Eureka!
Dzisiaj odkryłem że wszyscy w Polsce mówią po polsku. Napisy też są po polsku!
Czemu zawracam Wam głowę moim odkryciem?
Właśnie uświadomiłem sobie, że ta podróż uświadomiła mi (;-) taką oto rzecz:
Żyjemy w społeczeństwach, choć jesteśmy indywidualnościami. Każdy z nas jest inny i niepowtarzalny, a jednak tworzymy jedną, w miarę wspólną i harmonijną tkankę społeczną.
Oczywiście zdarza się że ktoś do niej nie pasuje, a pasuje np. do innego społeczeństwa. Mogą decydować o tym temperament, cechy charakteru, nawyki, zwyczaje, kultura.
I każdy z nas ma okres formowania się. W tym okresie bardziej odbieramy, pochłaniamy to co do nas dociera, by to wszystko przetworzyć najpierw przez zmysły, a potem przez umysł, i zbudować własną wizję świata.
W tym okresie możliwe są również daleko idące zmiany: okres naszego buntu w wieku nastoletnim jest być może najsilniejszym bodźcem do podejmowania tego typu decyzji.
Wydaje mi się, że to jest czas, w którym możemy zmienić społeczeństwo i łatwo przystosować się do życia w innym społeczeństwie, szczególnie jeżeli robimy to z własnego wyboru i/lub dane społeczeństwo nam bardziej odpowiada.
Jednak w pewnym momencie to okno się zamyka - i tu znowu moment ten to indywidualna sprawa każdego z nas.
Wracając do mojego głupiego odkrycia - uświadomiłem sobie że jakiś okres mojego życia się zamknął. Że nie przeskoczę już np. do buddyjskiego społeczeństwa Birmy, że baaa - tak na prawdę nie potrzebuję i nie chcę tego.
Tu, w Polsce, jak i wszędzie przy odpowiednim nastawieniu "dość jest wszystkiego, dojść można wszędzie". Ale gdy okienko się zamknie przesadzenie drzewka życia możliwe jest tylko przy urwaniu korzeni.
A korzenie o których myślę to nie tradycja, lecz głęboki poziom zrozumienia z innymi, jaki jest możliwy dla zdecydowanej większości ludzi za pomocą tylko jednego języka, zwykle języka ojczystego (lub jeżeli wystarczająco wcześnie przeskoczyli gdzie indziej - języka zaadoptowanego) - w moim przypadku polskiego.
Tak więc w Polsce ludzie mówią po polsku, i ja mówię po polsku. Zatem moje miejsce jest w Polsce, gdyż zależy mi na głębokich relacjach z innymi, gdyż z kolei te są bardzo cenne i rozwijające.
Emigrowanie w sytuacji, gdy okienko już się zamknie nie wydaje mi się zatem najlepszym pomysłem.
Jest to też argument za tym, że podróżowanie ma jednak ograniczone możliwości duchowego wzrostu - podróżując co chwila wkraczamy w inne strefy językowe i z czasem brakuje nam właśnie tego głębokiego kontaktu, który jest dla tego wzrostu bardzo ważny.
Co nie znaczy oczywiście, że nie warto podróżować!

sobota, 23 listopada 2013

Więc gdzie to my byliśmy? Ochryd-Skopje

Wyprawa dobiegła końca, ale wciąż pozostaje wiele białych plam na jej mapie.

Są ku temu dwa powody: po pierwsze nie zawsze miałem możliwość dokonywania wpisów. Po drugie - z czasem coraz bardziej zacząłem sobie uświadamiać, że ta wyprawa jest inna od wcześniejszych: że jest to "inside trip" a więc podróż wewnętrzna, duchowa. Część rzeczy więc celowo pominąłem jako zbyt intymne na publicznego bloga.

Tak czy owak biorę się za nadrabianie zaległości. Ostatnio zostawiłem Was w Ochrydzie, gdzie nocowałem o Carolyn i Tylera. Jedziemy stamtąd dalej:

Rano odwiedzam bazar i zegarmistrza. Niektóre rzeczy w Macedonii są zadziwiająco tanie. Oto szybki indeks cen z Ochrydu z listopada 2013 roku:
- bakława - 1-1,5 za szt.
- kawa - 2-3 zł za latte machiato
- słodki naleśnik - 4 zł
- obiad (12 cevapci, frytki, sałata) - 10 zł
- strzyżenie - 6 zł
- nocleg na kwaterze - 25 zł
- palnik na przebijane butle gazowe + dwie butle - 20 zł (szukajcie na bazarze)
- piwo - 2 zł + 2 zł kaucji za butelkę (!)
przy okazji od razu podam kilka cen z innych miast:
- "pita" z Welesz (coś w rodzaju tureckiego pide z mięsem i dwoma jajkami) - 12 zł
- bilet kolejowy ze Skopje do granicy serbskiej (ze zniżką na euro26) - 5 zł
- piwo w barze w Skopje - 4 zł
- benzyna - 4 zł/l
Jak widzicie "da się przeżyć".

W ten sposób czas schodzi mi do południa i w końcu ruszam w mieniące się jesiennym złotem góry. Na wylocie zahaczam jeszcze o mobilnych pilarzy - świetna sprawa! Mają takie "domowej roboty" samochodziki na olej, które jednocześnie z przodu mają piłę. Urządzenia tego typu produkowano kiedyś w Jugosławii a gdyby ktoś chciał coś takiego kupić, to obecna cena wynosi 1000 euro. Kto wie, może nawet sam bym się skusił, nie miałem jednak pojęcia jak zapakować to ustrojstwo na rower ;-)

Tak więc góry i solidna wspinaczka. Tak to już jest z tymi górami: możesz je ominąć w 1 dzień jakąś dużą doliną, nabić mnóstwo kilometrów i obejrzeć je sobie z daleka, albo możesz przez nie przejechać, co oznacza liczne podjazdy i zjazdy, zajmie to co najmniej kilka razy tyle czasu a na liczniku kilometrów będzie tylko ciut więcej... Ja preferuję to drugie, gdyż wtedy - nie będzie to zbyt odkrywcze - czuję się "jak w górach". Tak, zupełnie jakbym się wspinał z plecakiem, choć jadę na rowerze z sakwami. Ale zasady są podobne: w zamian za litry potu dostajesz wysiłek (tak, to pozytyw!), piękne widoki, ciszę a wręcz pustkę czyli spokój.

Pod przełęczą ten spokój jednak zostaje zakłócony przez dzikie psy. Leżały sobie na poboczu nieruchomo i zauważyły mnie dopiero jak byłem obok nich. Ja zauważyłem je dopiero jak rzuciły się szczekając w moim kierunku - tak dobrze wtopiły się w otoczenie. Psy na podjazdach to jedna z najgorszych rzeczy które się mogą przydarzyć podczas wyprawy rowerowej. Te akurat odpuściły dosyć szybko, ale kilka lat temu podjeżdżając nocą pod granicę turecko-syryjską trafiłem na całą watahę i doszło do tego że odganiałem się od nich pompką rowerową, a miałem wtedy taką dużą i solidną, ale to temat na inną opowieść...

Z powodu pofałdowania terenu nie udaje mi się dotrzeć do Prilepu, gdzie na nocleg zapraszał mnie Kiri - znajomy Bojana z Warmshowers. Prawdę rzekłszy nie dotarłem nawet do Bitoli (nieco ponad 60 km od Ochrydu) ale zupełnie się tym nie przejąłem. Liczyło się to, że znalazłem platformę łowiecką z widokami po kilkadziesiąt kilometrów na góry i doliny.

Jak zwykle położyłem się tuż po zachodzie słońca, jak zwykle wstałem tuż przed nim. Czemu żyjąc na co dzień w wielkim mieście nie udaje się utrzymać tego cudownego rytmu?

Rano wizyta lokalnych grzybiarzy (w Macedonii właśnie jest sezon), pokrzepiający fakt, że mogę spokojnie dogadać się stosując mieszankę polskiego, rosyjskiego i kilku znanych mi słów serbsko-chorwackiego i już wjeżdżam do Bitoli.

Bitoli, która jest małym uroczym miasteczkiem i na pierwszy rzut oka nic nie wskazuje na to, że wydała dwóch spośród największych ludzi Bliskiego Wschodu, a może i całej historii: Aleksandra Wielkiego i Kemala Ataturka.

Następnie czymś w stylu drogi szybkiego ruchu (niektórzy na mnie trąbią i nie wiem czy to pozdrowienia czy sugestia, żebym poszukał sobie jakichś bocznych dróg - jest mi to zupełnie obojętne i jadę dalej ;-) przemieszczam się do Prilepu, po drodze podziwiając niemal z zapartym tchem krajobrazy.

Tu spotykam się z Kirim - lokalnym zapaleńcem rowerowym, który stawia mi przepyszną plejskawicę - coś w stylu kotleta z serowym nadzieniem w środku. W ogóle Prilep pod względem gastronomicznym wymiata, bo produkuje się tu najlepsze w Macedonii piwo "Zlaty Dab".

Stawiam sobie za cel dotarcie następnego dnia do Skopje, więc z żalem odrzucam propozycję Kirego by zostać na noc (ależ to gościnny naród, ci Macedończycy!) i rozpoczynam wspinaczkę pod przełęcz.

W tym miejscu uwaga praktyczna: mapy google w Macedonii oparte są na oficjalnej klasyfikacji dróg. Wg tej klasyfikacji niektóre drogi o standardzie "górskim" a więc składające się głównie z kamoli, mają status tylko o jedno oczko niższy od autostrady, co jest zupełnym nonsensem. Warto więc podpytać "lokalesów" i świadomie zdecydować się na krótszy wariant "górski" lub dłuższy asfaltowy.

Okazuje się, że leży ona na wysokości 1000 m n.p.m. i dokładnie na tej wysokości rozbijam swój namiot - podjazd dosyć mocno nadwyrężył moje zasoby siły i czasu.

Następnego dnia kilometry uciekają spod kół, jakby na sam koniec chciały mi powiedzieć: "nie kończ wyprawy, zobacz jak grzecznie się przewijamy". I tak jest aż do Welesz, gdzie pałaszuję lokalny specjał: "pitę".

Dalej czeka mnie niespodzianka: za jeziorem Mladost droga robi się coraz węższa, coraz węższa... Dziur jest coraz więcej i więcej, aż w pewnym momencie przekraczają 50% stanu powierzchni. I jeszcze więcej: asfalt się po prostu kończy i droga zamienia się w górski trakt. Mam spore wątpliwości czy jestem na "krajówce", ale właśnie w tym momencie wysiada mi telefon, a więc tracę mapy i gps.

Nie ma się jednak co martwić: po godzinie toczenia się po kamolach widzę pojazd zmierzający z naprzeciwka. W rozklekotanym wehikule siedzi gość w kapeluszu z papierosem przyczepionym do wargi. "A tak, Skopje w tamtą stronę" - odpowiada na moje pytanie, a papieros o dziwo nie wypada mu przy tym z ust. Twarzowiec!

Skopje to miasto kierowców, którym się strasznie spieszy. Aż dziw, że mimo wszystko są tu zapaleni rowerzyści tacy jak Bojan, u którego nocuję.

Następnego dnia rano razem spotykamy Martina, Francuza sakwiarza zmierzającego do Libanu. Gość jest minimalistą, ale chyba do końca nie przemyślał sprawy: nie ma namiotu, ma za to hamak. Skutek: noclegi w czymś, co nazywa "schronami" czyli miejsca, gdzie może znaleźć kawałek dachu i rozłożyć pod nim swój cienki śpiwór. Skutek ostateczny: zimne i nieprzespane noce. Ostatecznie zostawiam mu swój namiot.

Odwiedzamy razem dzielnicę cygańską, która jest największym skupiskiem Cyganów w Europie. Są to "małe Indie". Jemy tu "pierożki" oraz w lokalnym fastfoodzie ciekawą odmianę hamburgera. Mój jest ewidentnie niedogotowany a mięso smakuje podejrzanie, ale cóż: raz kozie śmierć. Poza tym gdy dostaje się gigantycznego hamburgera z sałatką i frytkami  w środku za 3 zł czego innego można się spodziewać? Na szczęście kolejne dni pokażą, że była to jedynie kulinarna przygoda bez żadnych negatywnych zdrowotnych konsekwencji.

Tak więc jedząc owe hamburgery obserwujemy totalny chaos na głównej ulicy, obserwujemy bród, obserwujemy mieszaninę małej dozy bogactwa i przede wszystkim pozerstwa z przytłaczającym ubóstwem... I jakoś odechciewa mi się jechać do Indii nie tylko na tej wyprawie, bo to już postanowione, ale w ogóle.

c.d.n.

Dziwne...

Wszystko dobre co się dobrze kończy.
Po prawie 3 miesiącach kładę się we własnym łóżku wiedząc, że jutro już nie będę pedałować przez nieznane z sakwami. Dziwne to uczucie...
Niełatwo jest ruszyć w taką podróż, ale czy wrócić jest łatwiej?
Choć w pewnym sensie jest łatwiej: choć to już przeszłośc, to te przejechane kilometry, odwiedzone miejsca, spotkani ludzie, odbyte zewnętrzne jak i wewnętrzne dialogi dają siłę i nadzieję na dobre życie po powrocie.
W pewnym sensie nic się nie zmienia: życie jest jedną, wielką podróżą ;-)